Chorwacja

                Chorwacja leży na pograniczu Europy Środkowej i Południowej nad Morzem Adriatyckim. Ma do zaoferowania cudowne słoneczne wybrzeża, piękne sosnowe lasy oraz historyczne miasta. Jest to idealny kraj na rodzinny wypoczynek, skąd inąd bardzo popularny wśród naszych rodaków.

Dla nas był to pierwszy pobyt w tym miejscu. Dlaczego? Ponieważ zawsze, gdy tylko pojawiał się temat Chorwacji jako destynacji na wakacje, mówiłam że będziemy tam jeździć jak będziemy mieli dziecko :)… Tak jakoś od zawsze kojarzyła mi się Chorwacja, więc obietnicy trzeba było dotrzymać po pojawieniu się maluszka  Oprócz powyższego, szukaliśmy też najtańszych lotów na kierunkach, które jeszcze nie mieliśmy okazji zwiedzić i tak zaprosił nas do siebie Zadar. Za 3 osoby (2 dorosłe + niemowlę, które miało wykupione dla wygody extra seat na fotelik samochodowy) zapłaciliśmy 467 zł w pierwszą stronę z bagażem rejestrowym 20kg i 433zl również w drugą stronę. Przyznam, że oglądając zdjęcia tego miasta nie zachwyciło mnie ono specjalnie, ale stosunkowo bliska odległość m.in do Trogiru, Splitu oraz Parku Narodowego Krka zachęciła mnie do wyboru tego miejsca. Lot z Katowic trwał tylko 1,25h, po przylocie wzięliśmy taksówkę z lotniska za 25e (po lekkim stargowaniu ceny, choć realnie można było dojechać do naszego apartamentu lekko poza centrum za 20e). Zależało nam na większym samochodzie, aby pomieścić duży bagaż, wózek i nas  Nocleg w Zadarze mieliśmy u przesympatycznego i pomocnego Pana w „Apartment Mirela Borik” za 491e-2100zl na 9 nocy za 2os (dziecka nie wliczam). Cena z bookinga była bardzo zbliżona do tej z cennika, który akurat wisiał w apartamencie J Do najbliższej, żwirowej plaży mieliśmy jakieś 5min pieszo, do piaszczystej 10-15min, a do Starego Miasta dojeżdżaliśmy autobusem nr 8, 5 albo uberem. Mieszkanie było ładne, bardzo czyste, z tarasem i znajdowało się w nim wszystko co potrzeba  W bliskiej odległości znajdowały się również sklepy, piekarnia, restauracje oraz przystanek autobusowy.

Pierwszego dnia (poniedziałek) po przylocie (zameldowaliśmy się ok. 15tej) poszliśmy na szybkie zakupy i dalej na pobliską żwirową plażę, która graniczyła z bardzo fajnym campingiem. Na powrocie zajrzeliśmy do dobrze ocenianej meksykańskiej knajpy La Cabana – jedzenie było dobre (jednak bez fajerwerków), ale dodatkowo trzeba było bardzo długo na nie czekać.

Kolejnego dnia (wtorek) koło południa wybraliśmy się na piaszczystą plażę Borik, oddaloną około 10-15min pieszo od naszego noclegu. Muszę przyznać, ze woda w tym okresie była całkiem ciepła (ponad 20stopni), więc jak na początek czerwca to chyba całkiem niezły „wynik”. Nawet mój mąż był tym faktem mocno zaskoczony, pamiętając swój kilkudniowy urlop w Splicie w pełni sezonu kilka lat temu. Wracając do samej plaży to tego piasku nie było jakoś wiele, ale dało się wygodnie rozłożyć i poleżeć. Wejście do wody było lekko kamieniste, ale później dominował już tylko drobny piasek. Infrastruktura plażowa średnia – jakieś knajpki się zdarzają kawałek od plaży, ale brakowało np. toalet, czy prysznicy (a jak już jakiś się znalazł, to był nieczynny). Późniejszym popołudniem pojechaliśmy uberem do centrum Zadaru (przejazd 6e w pierwszą stronę, w drugą 4.30e). Do części głównego (starego) miasta prowadził długi most. Podobało mi się tam bardziej niż przypuszczałam, więc to duży plus. Wszystkie zabytki zlokalizowane są blisko siebie, więc spokojnie 1-2h na przejście klimatycznymi uliczkami wystarczy (chyba, że ktoś chce zwiedzić jakieś wnętrza). Po przejściu mostu i Bramy Lądowej kierowaliśmy się prosto ,aż do Narodni trg, gdzie znajdował się kościół The Treasury of Saint Elijah the Prophet. Następnie poszliśmy w prawo od kościoła i doszliśmy do Rzymskiego forum – starożytnych ruin, gdzie najlepiej zachowanym architektonicznym elementem jest 14-metrowa kolumna rzymska, która w średniowieczu była używana jako pręgierz. Plac ten łączy historię z teraźniejszością, co tworzy niepowtarzalny klimat. Tuż przy dawnych ruinach znajduje się bowiem wczesnoromański kościół św. Donata, mający kształt rotundy – jeden z najbardziej rozpoznawalnych budynków w Zadarze, oraz kościół św. Anastazji z dzwonnicą, z której można podziwiać panoramę miasta. Po przeciwnej stronie znajduje się jeszcze jeden kościół – św. Marii Panny. Idąc dalej w kierunku morza, dochodzimy do Placu św. Jana Pawła II, a następnie do promenady z niewielką latarenką, która oblężona była przez ludzi czekających na zachód słońca, bardzo popularny spot w tym mieście. My udaliśmy się w prawo i po (kilkuset?) metrach doszliśmy do jeszcze bardziej zatłoczonego miejsca, gdzie odbywał się „koncert” Organów Morskich. Jest to unikatowe urządzenie wykorzystujące energię fal morskich i wiatru do wytwarzania dźwięków przypominających grę na organach. Na pierwszy rzut oka organów nie widać, ponieważ 35 rur wkomponowanych jest w wybrzeże i postawione są tam schody, na których tłumnie siedzą ludzie wsłuchując się w melodię wytwarzaną przez Adriatyk i wiatr. Tuż obok znajdował się Pomnik Słońca/ Pozdrowienia Słońca, czyli instalacja artystyczna pochłaniająca promienie słoneczne w ciągu dnia, aby po zachodzie urzekać piękną grą świateł. Kierując się drogą powrotną do mostu minęliśmy jeszcze kościół Matki Zdrowia (Church of Our Lady of Health).

Trzeci dzień (środa) spędziliśmy w większości na plaży piaszczystej Borik, plażując, spacerując i odpoczywając w promieniach nieustającego słońca.

Następnego dnia (czwartek) poranek przywitał nas mocnym deszczem, aż do godzin przedpołudniowych. Obniżyła się przez to też (nieco) temperatura, a więc postanowiliśmy popołudniu udać się ponownie do centrum Zadaru, aby zobaczyć jeszcze kilka miejsc, do których nie udało się dotrzeć dwa dni wcześniej. Pojechaliśmy autobusem nr 8 za 1,6/os. Tym razem po przejściu Bramy i dotarciu do Narodni trg skręciliśmy w lewo i dotarliśmy po chwili do placu Trg Petra Zoranića, gdzie znajdowała się wysoka, dobrze zachowana kolumna rzymska, a tuż obok Plac Pięciu Studni (Trg Pet Bunara) i Kapetanova kula, czyli wieża kapitańska. Wieża to baszta, która jest połączona z murami pozostałymi po średniowiecznym murze miejskim. Za tymi atrakcjami znajduje się jeszcze przyjemny park. W drodze powrotnej ponownie przeszliśmy przez Rzymskie Forum oraz promenadę z organami i pomnikiem słońca. Do domu zamówiliśmy Ubera za 5e.

Piątego dnia (piątek) ponownie leżakowaliśmy na plaży Borik.

W sobotę z samego rana mąż pojechał na lotnisko po samochód z wypożyczalni Avant, za który zapłaciliśmy 80e i 33e za ubezpieczenie – całość na kolejne  5dni. Przed południem wyjechaliśmy na wyspę Pag oddaloną do Zadaru o ok. 50km. Pierwszym punktem zwiedzania było miasteczko Pag. Spędziliśmy tam niecałą godzinę na luźnym spacerku. Zobaczyliśmy:
 – Most Katine, zrobiony na wzór mostu weneckiego, który łączy starówkę z magazynami soli pozyskiwanej na wyspie
– Tuż obok znajdowała się promenada
– Kościół Wniebowzięcia NMP
– Klasztor Benedyktyński św. Margarity
– Wieżę Skrivant
– Kościół św. Jerzego
– Kościół św. Franciszka
Za parking płaciliśmy 1,30e/1h. Jadąc z miasta Pag do Nowalji zatrzymaliśmy się na wzgórzu, na punkcie widokowym Gradac na miasteczko Pag. Oficjalnej informacji o punkcie tam nie ma, ale jest szeroka zatoczka, więc można się bezpiecznie zatrzymać. Następnie pojechaliśmy do Nowalji na imprezową plażę Zrće. Plaża znajduje się jakieś 4km przed miastem. Na miejscu było kilka scen, wiele barów i ogólnodostępnej infrastruktury clubowej. Podczas naszych odwiedzin grała muzyka, ale ludzi było jeszcze niewiele, ponieważ sezon otwierał tam się dopiero po 20tym czerwca, co nas mocno zaskoczyło – pogoda w pełni wakacyjna, a miejsce jakby traciło kilka dobrych tygodni. Dalej pojechaliśmy na plażę Sveti Duh. Miała być piaszczysta, a była żwirkowa… ale i tak bardzo przyjemna, kameralna. Malutko ludzi, ładne widoczki, czysta i bardzo płytka woda, w sam raz dla rodzin z dziećmi  obok był też camping. Na powrocie, albo przed (jak kto woli) można udać się do miejscowości Nin, zobaczyć to małe miasteczko i poplażować na nińskiej lagunie. My zostawiliśmy sobie to na inny dzień.

Kolejnego dnia w niedzielę o 8:30 wyruszyliśmy do PN Krka, a dokładnie do miejscowości Skradin, skąd popłynęliśmy statkiem do parku, co było wliczone w cenę biletu (40e). Bilet kupiliśmy na miejscu, ponieważ przez Internet doliczano aż 13e prowizji i postanowiliśmy „zaryzykować” z kupnem na miejscu. Za tą samą cenę była również opcja piesza, po kładce zawieszonej na skałach. Byliśmy z niemowlakiem, dlatego wybraliśmy pierwszą opcję. Statek odpływa mniej więcej co godzinę, o równych godzinach, a z powrotem szybciej – co pół godziny. Od przystani do największego wodospadu Skradinski Buk jest dosłownie kawałeczek (jakieś 3min) i później idzie się pętlą poprowadzoną bardzo malowniczą trasą, poprzez drewniane kładki zawieszone nad rzeką. Wszędzie pisze, że czas przejścia to 2-3h, a my z postojami na zdjęcia i przebranie Małej przeszliśmy całość w 1:45min. Dziecko mieliśmy w nosidełku zapinanym na sobie, ponieważ czasami pojawiały się schody, a same kładki były dość wąskie i na pewno nie byłoby wskazane i wygodne przeprawiać się tam z wózkiem. Samochód zaparkowaliśmy na bezpłatnym parkingu przy restauracji Visovac. Bezpłatnym,  o ile na powrocie coś się zamówiło, inaczej kosztował 10e-jak na pozostałych parkingach. My w drodze powrotnej wzięliśmy tylko jedną kawę za 3e, ponieważ spieszyliśmy się do Zadaru i nie było z tym problemu. Myślę, że nawet jak nic się nie zamówi to też jakoś to przejdzie, aczkolwiek umowa to umowa:)  Inna opcja dotarcia do wodospadów jest z miejscowości Lozovac, gdzie pod punkt startowy dowozi autobus. Generalnie w cenie biletu są również inne atrakcje (wodospad Roski, jaskinia Ozidana Pecina czy Klasztor na jeziorze Visovac) oddalone kawałek od głównego wejścia, ale my tam nie jechaliśmy już, bo wszystko co moim zdaniem najpiękniejsze udało się zobaczyć wcześniej. Za przejazd autostradą na trasie Zadar-Skradin zapłaciliśmy 2x3e. W drodze powrotnej można zahaczyć jeszcze o Szybenik, my w tym dniu spieszyliśmy się zobaczyć mecz Polaków z Holendrami na Euro 2024, więc odpuściliśmy.

W poniedziałek o 9:30 wyjechaliśmy na kolejną wycieczkę, tym razem w stronę Splitu. Za autostradę w pierwszą stronę zapłaciliśmy 7,40e i jechaliśmy około 1:45h, odległość to 160km. Zaparkowaliśmy blisko Starego Miasta (1,50e/h). Parkingów jest sporo, ale wszystkie mocno obstawione. Trzeba mieć szczęście, albo więcej czasu na szukanie wolnego miejsca. Samo zwiedzanie zajęło nam około 3,5h. W pierwszej kolejności swoje kroki skierowaliśmy do serca centralnego placu miejskiego, czyli na Narodni Trg, gdzie znajdowały się liczne kawiarenki, restauracje oraz budynki sakralne o tradycyjnej i średniowiecznej architekturze, m.in: kościół Matki Bożej z zabytkowa dzwonnicą, Ratusz Staromiejski oraz Kaplica św. Lawrence. Następnie poszliśmy pod Pałac Dioklecjana, który jest niewątpliwie symbolem Splitu i znajduje się na liście UNESCO. Jest to doskonale zachowana rzymska budowla. W jej centralnej części znajduje się wewnętrzny dziedziniec tzw. perystyl, pełniący funkcję reprezentacyjne. Tuż obok znajduje się Katedra św. Duje (wstęp 5e) wraz z dzwonnicą (wstęp 7e), z której doskonale widać panoramę miasta (całą marinę, czerwone dachy połączone z jasnymi kamieniami oraz piękne góry w tle). Ze wspomnianego wcześniej dziedzińca poprowadzony jest niewielki tunel, którym możemy dostać się wprost na piękną Promenadę. Znajdują się tam bary, restauruję, statki, jachty, palmy i kolorowe kwiaty, wśród których ułożone są białe ławki, na których można odpocząć. Idąc dalej dochodzimy do Republic Square, a po około 10minutach jesteśmy już przy schodach prowadzących na punkt widokowy w Parku Mariańskim (Šetalište Luke Botića 3). Roztacza się stamtąd wspaniały widok na miasto, a dla spragnionych lub głodnych przybyszów czeka restauracja Teraca Vidilica. Kierując się jeszcze wyżej z tego punktu dochodzi się do kolejnego punktu (ja już tam nie szłam) o nazwie Vrh Telegrin (ten sam adres).

Kolejnym miasteczkiem jakie zwiedziliśmy w tym dniu był Trogir. Zgadzam się z opinią, że jest to jedno z najpiękniejszych miast w Chorwacji, mnie oczarował. Jest malowniczym miasteczkiem z zachwycającą starówką, do którego prowadzą dwa mosty – jeden łączy Trogir z lądem, a drugi z wyspą Čiovo. Ponadto jest to miasto różnorodne, gdzie każdy znajdzie coś dla siebie – od miasta portowego, doskonale zachowanych zabytków, labiryntu wąskich uliczek po śródziemnomorski klimat. Samochód zostawiliśmy jakieś 5min drogi pieszo od Starego Miasta, za darmo na ulicy przy blokach, ponieważ parking tuż obok mostu kosztował aż 3e/h. Swoje kroki skierowaliśmy do Bramy Lądowej/Północnej, która stanowi główne wejście do miasta. Nad wejściem widnieje figurka Jana z Trogiru, który jest patronem miasta. Idąc cały czas prosto doszliśmy do Starego Miasta, gdzie znajdowała się Katedra św. Lovre, następnie Plac Jana Pawła II (Trg Ivana Pavla II), który jest najważniejszym placem w mieście, a znajdują się na nim Ratusz z Wieżą Zegarową, Loggia Miejska oraz Katedra św. Wawrzyńca z dzwonnicą, na której jest punkt widokowy na miasto. Dalej minęliśmy wbudowany w mury miasta kościół św. Nikola i w końcu doszliśmy do drugiej Bramy Południowej/Morskiej. Tuż za nią znajdowała się przepiękna promenada z aleją palm oraz Čiovski most prowadzący na wyspę. My udaliśmy się wzdłuż promenady tzw. Riva, która oprócz pięknych palm i szerokiego deptaku oferuje szeroki wachlarz restauracji przerzucających się promocjami oraz malowniczych widoków z luksusowymi statkami kołyszącymi się na wodzie. Udając się w prawo, mijaliśmy kolejno szkołę miejską- biały budynek z bujnymi kwiatami przed wejściem, dalej znajdował się gotycki kościół św. Dominika, jeszcze nieco dalej samotna wieża, będąca niegdyś częścią Kościoła św. Michała, aż dotarliśmy do Twierdzy Kamerlengo, która jest punktem charakterystycznym miasta. Oprócz spaceru murami obronnymi można wspiąć się na wieżę z falującą, ogromną chorwacką flagą, by podziwiać panoramę miasta. Widok przepiękny, także polecam (wstęp 5e). Co do wyspy Ciovo to również malownicze zatoczki, wzgórza porośnięte bujną roślinnością, ale także zabytkowe budowle i piękne plaże. Jednym słowem, miejsce to ma wszystko, co trzeba.

W nasz przedostatni dzień (wtorek) pojechaliśmy przed południem na lagunę do miejscowości Nin, oddaloną od Zadaru jedynie 17km (około 25min drogi). Plaża faktycznie ładna, piaszczysta, szeroka jak na chorwackie warunki i woda bardzo ciepła. Miejsce idealne dla rodzin z małymi dziećmi. Pobyt tam ma również leczniczy aspekt, ponieważ Nińska Laguna to największe znalezisko leczniczego błota w Europie. Można się nim wysmarować, gdyż posiada wiele drogocennych właściwości.
Po plażowaniu pojechaliśmy jeszcze zwiedzić samo miasteczko, które okazało się malutkie, ale bardzo przyjemne. Starówka Ninu leży na niewielkiej wyspie połączonej z lądem dwoma mostami, a do miasta prowadzą dwie bramy – dolna i górna. My przeszliśmy przez Bramę dolną i dalej zwiedziliśmy:
– Kościół św. Anzelma
– Zegar słoneczny
– Pomnik Grgura Ninskiego
– Kościół św. Krzyża – uważany kiedyś za najmniejszą katedrę świata (40 m obwodu)
– Starówkę
– Ruiny rzymskiej budowli
,

a na koniec zjedliśmy w jednej z otwartych restauracji.

Za parking przed mostem do miasteczka zapłaciliśmy 3e (1e/h).

            Poza wymienionymi w opisie kosztami wydaliśmy na miejscu około 750e/2os. (nie wliczam dziecka) Wyjazd nie należał do najtańszych (mimo korzystnych cen biletów lotniczych), Chorwacja jest dosyć droga, zwłaszcza jeśli chodzi o jedzenie na mieście, czy również niektóre produkty sklepach. Ogólnie fajnie było ją zobaczyć, ale nie jest to miejsce, które urzekłoby mnie jakoś specjalnie w porównaniu z innymi destynacjami w Europie. Zdecydowanie najbardziej podobał mi się Trogir. Zadar jest fajną miejscówką do mieszkania, ponieważ jest bardzo dobrą bazą wypadową do niedalekich miast i miasteczek, ponadto posiada kawałek piaszczystej plaży i jest nieco tańszy w porównaniu z innymi, większymi miastami.  

Loty/2str (2os + niemowlak) + duży bagaż 20kg 900zł/2os+dziecko
Nocleg 9 nocy (dziecka nie wliczam) 2100zł/2os
Taxówki 172zł/2os
Autobusy 14zł/2os
Samochód 5 dni (dziecka nie wliczam) 344/2os
Ubezpieczenie samochodu 142zł/2os
Parkingi 44zł/2os
Autostrady (bramki) 58zł/2os
PN Krka 172zł/os
Dzwonnica w Splicie 30zł/os
Wieża w Trogirze 21zł/os
Ubezpieczenia całego wyjazdu dla 3 osób 195zł/3os
Wydane na miejscu, głównie wydatki spożywcze + paliwo Ok. 950zł/os
SUMA Ok. 3100zł/os

 

Anglia

            Odpoczywając na południowym wybrzeżu Półwyspu Iberyjskiego można z powodzeniem wybrać się do brytyjskiego terytorium zamorskiego. Jest to doskonała okazja, aby zobaczyć Gibraltar i nieco przenieść się symboliką do Anglii, będąc równocześnie „pogodowo” dalej w Hiszpanii:)

 Kolejnego dnia, który spędzaliśmy w Andaluzji (wtorek) pojechaliśmy na Gibraltar. Była to nasza najdłuższa trasa na tym wyjeździe, gdyż sama droga w jedną stronę zajęła około 1h40min. Samochód zostawiliśmy w miasteczku La Linea de la Concepción na dużym parkingu tuż przed granicą, którą przekraczaliśmy pieszo. Podobno jest również opcja, aby dojechać do granicy autobusem 5 lub 10. Po przejściu granicy zastanawialiśmy się jak ugryźć temat zwiedzania, zwłaszcza że byliśmy z niespełna 5cio miesięcznym dzieckiem. Drogi na skale są ekstremalnie wąskie i strome, więc wózek odpadał, a zwiedzanie pieszo zajęłoby nam mnóstwo czasu. Zdecydowaliśmy się zatem na zwiedzanie niewielkim, kameralnym busikiem z kierowcą/przewodnikiem. Wycieczkę kupiliśmy po prawej stronie po przejściu granicy w punkcie informacyjnym za 45e/os. W cenie jest wejście do jaskini St. Michael’s Cave, gdzie wyświetlany jest ciekawy pokaz świateł na tle formacji skalnych oraz muzyki poważnej. jaskini St. Michael’s Cave Nieco wcześniej kierowca zatrzymuje się jeszcze na punkcie widokowym pod Kolumnami Herkulesa. Dalej byliśmy na tarasie widokowym Sky Walk ze szklaną podłogą (tutaj też wejście w ramach biletu do rezerwatu). Widoki z tego miejsca są spektakularne, a dodatkowym autem jest duża liczba małp – makaków wolno żyjących na przylądku, choć zintegrowanych z przybyszami i wytresowanych przez busiarzy. Po zejściu ze szklanego podestu poszliśmy jeszcze kawałek pieszo do góry, gdzie był zaparkowany nasz samochód. W tym miejscu można było doświadczyć bezpośredniego kontaktu z małpami, ponieważ te wskakiwały na głowy czy ramiona ludzi, zwabione jedzeniem oferowanym przez kierowców. Ostatnim punktem wycieczki był City Under Siege czyli wystawa „Miasto pod oblężeniem”, która mnie nie urzekła, w przeciwieństwie do pięknej panoramy, która się stamtąd roztaczała. Na górze chciałam zobaczyć jeszcze Most Windsorów, ale niestety nie znajdował się na naszej trasie.

W drodze powrotnej wysiedliśmy przy głównej ulicy (Main Street) obok Katedry Świętej Trójcy (Cathedral of the Holy Trinity), która jest głównym miejscem kultu w Gibraltarze. Przeszliśmy kawałek głównej drogi mijając po drodze piękną, maleńką kapliczkę, angielskie budki telefoniczne i skrzynki na listy oraz mnóstwo sklepów z pamiątkami, aż doszliśmy do płyty lotniska, przez którą trzeba było przejść (były światła: zielone, gdy żaden samolot aktualnie nie lądował) i zaraz potem znajdowała się już granica. Niestety nie zdecydowaliśmy się na  do pomnika Sikorskiego i latarni, które znajdują się obok Europa Point, czyli najbardziej na południe wysuniętego punktu, symbolizującego koniec Europy, ponieważ znajdował się jakieś 4km od głównej ulicy.
Czas jaki spędziliśmy na Gibraltarze to ponad 3h, choć zdecydowanie można i polecam zostać tam cały dzień. Wtedy dokładnie zwiedzicie wszystkie atrakcje na dole, m.in.: Skalne mury (The Rock Walls), Pałac Gubernatora (The Governor’s Palace), Pomnik Wilhelma II oraz Pomnik Polaka, Generała Sikorskiego, albo odpoczniecie na piaszczystych plażach: Catalan Bay, Eastern Beach oraz Sandy Bay.

Inne opcje dostania się na skałę gibraltarską:

– kolejka Cable Car: kursuje co 10-15 minut w ciągu dnia. Przy silnym wietrze nie kursuje.

  1. Wjazd i zjazd kolejką, bez wizyty w Rezerwacie. Oznacza to, że nie zobaczycie jaskiń, mostu, punktu widokowego ani punktu karmienia małp (ale małpy pewnie zobaczycie, bo te biegają swobodnie po całym parku) Cena takiej opcji to 22.50€/os
  2. Wjazd i zjazd kolejką wraz z wizytą w Rezerwacie (taka wersja kosztuje 42,50€). W tej wersji zobaczycie: Skywalk, O’Hara’s battery, most wiszący Windsor, Apes’ Den, jaskinie św. Michała, zamek Maurów, City Under Siege
  3. Wjazd kolejką, wizyta w rezerwacie ale samodzielne zejście pieszo (opcja za 40.50€). Możecie zobaczyć to samo co wyżej, o ile dotrzecie pieszo do wszystkich miejsc.

Generalnie najbardziej opłacalna jest opcja 2, ale atrakcje są tak rozmieszone na skale, że  wjeżdżając na górę, można odwiedzić je wszystkie wyłącznie schodząc. Oznacza to, że aby wrócić na kolejkę powrotną trzeba znów wspinać się pod górę. Mało komfortowe rozwiązanie zwłaszcza w okresie letnim, gdy jest naprawdę bardzo gorąco. Ale podobno od kwietnia do października jest też stacja środkowa (info do sprawdzenia!!), dzięki czemu nie musicie wracać na górę by zjechać kolejką, ponieważ powrotny bilet można wykorzystać wsiadając na środkowej stacji.

Bilet w sezonie najlepiej kupić on-line, ale czasami np. z powodu zbyt silnego wiatru kolejka nie działa. Aby dotrzeć do dolnej stacji kolejki trzeba przejść Main Street do końca i iść cały czas prosto w kierunku widocznych z daleka kabli.

Podobno widoki z górnej stacji kolejki, znajdującej się na wysokości 412m n.p.m. są spektakularne, a na sam szczyt dojdziemy stamtąd w około 5min. Z górnej stacji kolejki blisko jest na punkt widokowy Skywalk –szklany taras zawieszony nad skałą. Stamtąd można przejść do jaskini św. Michała i zobaczyć położony niedaleko Spur Battery. W drugą stronę, idąc czerwonym szlakiem, dojdziecie do Windsor Bridge (most zawieszony na wysokości 50 m nad wąwozem), a potem do Apes’ Den i na koniec do tuneli.

           Podsumowując, moim zdaniem lepszą opcją jest zakup biletu na kolejkę  z wizytą w rezerwacie i samodzielne schodzenie pieszo w stronę miasta. Całe zejście zajmie wam około 1h (ze zwiedzeniem po drodze atrakcji). Ewentualnie równie dobrym pomysłem jest „zaliczenie” wszystkich atrakcji na górze i zjazd na dół ze stacji środkowej (o ile taka faktycznie istnieje). Na wizytę na górze warto jest przeznaczyć około 3h. Natomiast jeśli planujecie wycieczkę z małym dzieckiem, które siedzi w wózku, albo nie macie wystarczająco dużo czasu na spacer to polecam wycieczkę objazdową busikiem (o czym pisałam powyżej). W naszej sytuacji był to optymalny wybór.

 

Hiszpania

          Na południe Hiszpanii chcieliśmy lecieć już wielokrotnie, ale dotąd bilety lotnicze były zbyt drogie. Po nowym roku zaczęliśmy szukać kierunku, gdzie będzie już ciepło, ale nie gorąco i nie będzie to bardzo długi lot, ponieważ podróżowaliśmy po raz pierwszy z niemowlakiem. Okazało się, że ceny lotów w pierwszym kwartale roku były akceptowalne, więc bez wahania je zabookowaliśmy. Bilety z Katowic kupiliśmy za 1380zł łącznie (3*300zł/os/2str + 2x pierwszeństwo wejścia/2str i co za tym idzie 2x bagaż 10kg, co dało razem 480zł). Generalnie za przelot dziecka w tym wieku (<2 lat, Wizzair) płaci się stałą kwotę 144zł/1str, ale my wykupiliśmy „extra seat”, czyli dodatkowe miejsce, obok jednego z rodziców, które umożliwia zabranie na pokład samolotu np. fotelika samochodowego, w którym dziecko może przebywać podczas lotu (na naszych kolanach tylko podczas startu, lądowania oraz turbulencji, choć wymogi te są różne w zależności od przewoźnika, a nawet samej załogi). Taka opcja była dla nas i dla dziecka bardziej komfortowa, a także bardziej opłacalna finansowo, bo wypożyczenie samego fotelika samochodowego na miejscu było droższe niż wypożyczenie samego auta… Fotelik wpinaliśmy też do stelaża wózka, a więc pełnił także funkcję gondoli. Zatem wszystko przemawiało za tym, żeby ten fotelik wziąć ze sobą , więc nie mieliśmy się nad czym zastanawiać

Przylot mieliśmy do Malagi, gdzie znaleźliśmy nocleg przez Booking w bardzo ładnym i czystym mieszkaniu Acogedor y bien situado P6 (6 Calle Perdiguera, Malaga, 29003) za  1184zł/2os (278e). Znajdowało się tam wszystko co trzeba na krótki wyjazd: mała kuchnia z lodówką, mikrofalą i ekspresem do kawy, a także przestronnym stołem; pokój z bardzo dużym i wygodnym łóżkiem oraz dodatkową kanapą, a na naszą prośbę było też dostawione łóżeczko turystyczne dla dziecka; łazienka wyposażona w apteczkę i podstawowe kosmetyki. Wszystko ładne, nowe, czyste i pachnące – czułam się tam jak w domu. Dodatkowym atutem była bliska odległość (1min) do dużego marketu (Mercadona), w którym mogliśmy kupić wszystko, co niezbędne. Lekki problem był z zaparkowaniem samochodu, czasami trzeba było zastawić inny pojazd na noc i wtedy zostawialiśmy za szybą karteczkę z numerem telefonu i mieszkania.

Nazajutrz (sobota) z samego rana pojechałam pociągiem do Kanionu Caminito Del Rey nazywanego Ścieżką Króla. Do dworca Malaga Maria Zambrano doszłam pieszo (około 20min) spotykając po drodze umówioną wcześniej parę turystów z Polski. Jechaliśmy do stacji El Chorro – Caminito Del Rey około godziny, za 6,80e. Taniej wychodzi kupując bilet na stacji, ale nam powiedzieli w okienku stacji kolejowej, że możemy go kupić tylko u konduktora.. Pociąg jechał około 40min. Po dotarciu do El Chorro musieliśmy się kierować do miejsca, gdzie stoją autobusy, ponieważ one dowożą turystów do konkretnego punktu (za 2,50e), gdzie znajduje się restauracja El Kiosko i kilka parkingów. Stąd prowadzą dwa szlaki, pierwszy – Gaitanejo o długości 2,7 km, z kolei drugi ma długość 1,5 km. My wybraliśmy drugą opcję i najpierw poszliśmy wzdłuż drogi, później przez tunel, aż do przyjemnej szutrowej ścieżki, która prowadzi do głównego wejścia (trasa trwa około 20min spacerkiem). Tam okazujemy bilety, mamy krótką instrukcję, dostajemy kaski i w drogę. Bilety kupowaliśmy przez Internet parę dni wcześniej za 18e z przewodnikiem, ponieważ do końca maja bilety bez przewodnika (za 10e) były już wykupione. Opcja z przewodnikiem wcale nie zobowiązuje do przejścia całej trasy z przewodnikiem, zwykle każdy idzie osobno w swoim tempie, bez tłumów przed i za sobą. Taka sama sytuacja jest w przypadku godzin wejścia, którą też trzeba wybrać przy zakupie biletu, ale finalnie można wejść wcześniej, o ile nie ma na Ścieżce jakiś tłumów. Każdy wybiera opcję dogodną dla siebie. My całą trasę (7,7km) przeszliśmy w około 2h z przerwami na zdjęcia. Ścieżka jest bardzo przyjemna, według mnie niewymagająca specjalnego przygotowania kondycyjnego i oczywiście zachwyca widokami. Drewniane kładki, po których się idzie, zawieszone są na ponad 100 metrach wysokości, więc można odczuć tutaj lęk wysokości. Ja generalnie należę do grona odczuwających ten lęk, dlatego trochę się tym stresowałam, ale nie poczułam niczego niepokojącego przez całą trasę, a jedyne ogromną ekscytację. Nawet przejście przez ostatni punkt, czyli most, który się lekko kołysał nie stanowił dla mnie problemu. Cała trasa jest spektakularna od początku do końca, ponieważ przebiega między kanionami, wąwozami oraz nad ogromną doliną. Ścieżka przecina krajobraz Parku Naturalnego Desfiladero de los Gaitanes oraz wąwozu wyrzeźbionego przez rzekę Guadalhorce, którego ściany sięgają 700 metrów głębokości. Zdecydowanie polecam!! Dodam jeszcze, że wejście do kanionu jest dla dzieci powyżej 8 roku życia. 
W drodze powrotnej pamiętajcie żeby sprawdzić sobie powrotne pociągi, zwłaszcza w weekendy, ponieważ wtedy jeżdżą znacznie rzadziej. My spóźniliśmy się na pociąg dosłownie kilka min i musieliśmy czekać chyba ze 3h na następny, więc też znacznie wydłużył nam się czas wycieczki, która trwała łącznie 10h (od wyjścia z domu do wejścia). Sprawdzając wcześniej połączenia zrobicie to znacznie szybciej 🙂

Kolejnego dnia udaliśmy się do bardzo urokliwego, białego miasteczka Nerja, oddalonego około 50min od Malagi. Samochód zostawiliśmy na dolnym parkingu (ponieważ miasteczko znajduje się na lekkim wzniesieniu) i udaliśmy się na spacer. Po drodze minęliśmy kościół Ermita Ntra. Sra. de las Angustias. Następnie przeszliśmy przez bramę w budynku Ratusza, która prowadziła na główny plac miasta. Po prawej stronie przywitał nas kościółek San Salvador, a po przeciwnej stronie najbardziej charakterystyczny punkt – Balkon Europy, czyli taras widokowy zawieszony na klifie. Z balkonu roztacza się piękny widok na plaże zlokalizowaną pod spodem – Playa de Calahonda. Wzdłuż balkonu ciągnie się deptak, na końcu którego znajduje się posąg króla Hiszpanii Alfonsa XII oraz nadgryzione zębem czasu armaty. Ich umiejscowienie nie jest przypadkowe, ponieważ taras znajduje się na dawnej konstrukcji twierdzy oraz magazynu broni. Ich strategiczne ulokowanie pozwalało na obronę przed morskimi najeźdźcami. W 1882 roku twierdza została zniszczona przez brytyjskie okręty, a wspomniane armaty to jedyne pozostałości z tamtych czasów. Pozostała część placu na którym znajdują się wszystkie atrakcje wypełniają restauracje. Na lewo od balkonu są schody, którymi można zejść na plażę, jeszcze dalej na lewo uliczka z licznymi sklepikami i knajpkami, a jak wejdziemy głębiej to dojdziemy do klimatycznych, białych uliczek miasteczka. Nasz pobyt ograniczył się do centralnych punktów, ale też spędziliśmy trochę czasu na głównej plaży. Oprócz plaży pod balkonem są jeszcze inne m.in.: Playa el Salón, Playa de Burriana (najdłuższa-700m), Playa de Carabeo i Playa del Carabeillo oraz Playa de Moro-podobno najładniejsza w Hiszpanii, co więcej w pobliżu podobno znajduje się wodospad. Myślę, że pobyt w miasteczku można bardzo fajnie połączyć z leżakowaniem na pobliskich plażach, o ile tylko dopisuje pogoda. My spędziliśmy tutaj około 5h, a wieczorem poszliśmy jeszcze na spacer do historycznego centrum Malagi.

W 3ci dzień (poniedziałek) pogoda miała być kapryśna, dlatego zdecydowaliśmy się na zwiedzanie Malagi, miasta Picassa. Samochód zaparkowaliśmy na podziemnym parkingu w centrum miasta. Najpierw udaliśmy się do Mercado Central de Atarazanas –to najstarszy targ w Maladze, który kiedyś był stocznią, a teraz zachwyca piękną architekturą i witrażem, który robi duże wrażenie. Następnie doszliśmy do placu, na którym znajdowały się: Centrum Kulturalne w Maladze oraz Katedra Santa Iglesia Catedral Basílica de la Encarnación, nazywana również „La Manquita” (jednoręką), ponieważ podczas budowy prace zostały wstrzymane i jej południowa wieża nie została zbudowana. Mimo to jest to jedna z najpiękniejszych andaluzyjskich świątyń renesansowych. Wstęp był płatny, tylko w niedziele podczas mszy można wejść za darmo (my nie wchodziliśmy do środka). Idąc dalej minęliśmy Muzeum Picassa, na zwiedzenie którego niestety brakło nam czasu. Niedaleko był kościół św. Agustina (Church of San Agustin). Kolejno znajdowała się Twierdza Alcazaba z rzymskim teatrem oraz Zamek Gibralfaro, ale te atrakcje zostawiliśmy sobie na ostatni dzień wyjazdu. Dalej minęliśmy Ratusz i przeszliśmy do Parku w Maladze (Parque de Malaga), który szczycił się piękną i bujną roślinnością – nigdy nie widziałam tak dużych monsterów i to jeszcze rosnących w naturalnym środowisku. Po drugiej stronie ulicy znajdowała się „instalacja” w formie kolorowego sześcianu – Centre Pompidou Malaga. Kierując się z powrotem do samochodu zahaczyliśmy jeszcze o arenę walki byków – Plaza de Toros de la Malagueta. Jeżeli chcecie zobaczyć wszystkie atrakcje Malagi w ciągu jednego dnia, to zwiedzanie musicie rozpocząć wcześnie, ponieważ sama Twierdza z Zamkiem może zająć nawet pół dnia, a na pewno parę godzin. My z małym dzieckiem potrzebowaliśmy więcej czasu każdego ranka żeby się ogarnąć i wychodziliśmy z domu przed południem. To zdecydowanie za późna pora, aby zdążyć ze wszystkimi atrakcjami. Na szczęście byliśmy tam na tyle długo, że starczyło nam czasu na wszystko, tylko Malagę musieliśmy podzielić sobie na dwa razy.

Kolejnego dnia (wtorek) pojechaliśmy na Gibraltar. Była to nasza najdłuższa trasa na tym wyjeździe, gdyż sama droga w jedną stronę zajęła około 1h40min. Samochód zostawiliśmy w miasteczku La Linea de la Concepción na dużym parkingu tuż przed granicą, którą przekraczaliśmy pieszo. Podobno jest również opcja, aby dojechać do granicy autobusem 5 lub 10. Po przejściu granicy zastanawialiśmy się jak ugryźć temat zwiedzania, zwłaszcza że byliśmy z niespełna 5cio miesięcznym dzieckiem. Drogi na skale są ekstremalnie wąskie i strome, więc wózek odpadał, a zwiedzanie pieszo zajęłoby nam mnóstwo czasu. Zdecydowaliśmy się zatem na zwiedzanie niewielkim, kameralnym busikiem z kierowcą/przewodnikiem. Wycieczkę kupiliśmy po prawej stronie po przejściu granicy w punkcie informacyjnym za 45e/os. W cenie było wejście do jaskini St. Michael’s Cave, gdzie wyświetlany był ciekawy pokaz świateł na tle formacji skalnych oraz muzyki poważnej. Nieco wcześniej kierowca zatrzymywał się jeszcze na punkcie widokowym pod Kolumnami Herkulesa. Dalej byliśmy na tarasie widokowym Sky Walk ze szklaną podłogą (tutaj też wejście w ramach biletu do rezerwatu). Widoki z tego miejsca są spektakularne, a dodatkowym autem była duża liczba małp – makaków wolno żyjących na przylądku, choć zintegrowanych z przybyszami i wytresowanych przez busiarzy. Po zejściu ze szklanego podestu poszliśmy jeszcze kawałek pieszo do góry, gdzie był zaparkowany nasz samochód. W tym miejscu można było doświadczyć bezpośredniego kontaktu z małpami, ponieważ te wskakiwały na głowy czy ramiona ludzi, zwabione jedzeniem oferowanym przez kierowców. Ostatnim punktem wycieczki był City Under Siege czyli wystawa „Miasto pod oblężeniem”, która mnie nie urzekła, w przeciwieństwie do pięknej panoramy, która się stamtąd roztaczała. Na górze chciałam zobaczyć jeszcze Most Windsorów, ale niestety nie znajdował się na naszej trasie.
W drodze powrotnej wysiedliśmy przy głównej ulicy (Main Street) obok Katedry Świętej Trójcy (Cathedral of the Holy Trinity), która jest głównym miejscem kultu w Gibraltarze. Przeszliśmy kawałek głównej drogi mijając po drodze piękną, maleńką kapliczkę, angielskie budki telefoniczne i skrzynki na listy oraz mnóstwo sklepów z pamiątkami, aż doszliśmy do płyty lotniska, przez którą trzeba było przejść (były światła: zielone, gdy żaden samolot aktualnie nie lądował) i zaraz potem znajdowała się już granica. Niestety nie zdecydowaliśmy się dojść do pomnika Sikorskiego i latarni, które znajdują się obok Europa Point, czyli najbardziej na południe wysuniętego punktu, symbolizującego koniec Europy, ponieważ znajdował się jakieś 4km od głównej ulicy i był to dla nas za duży odcinek do pokonania z małym dzieckiem.
Czas jaki spędziliśmy na Gibraltarze to ponad 3h, choć zdecydowanie można i polecam zostać tam cały dzień. Wtedy dokładnie zwiedzicie wszystkie atrakcje na dole, m.in.: Skalne mury (The Rock Walls), Pałac Gubernatora (The Governor’s Palace), Pomnik Wilhelma II oraz Pomnik Polaka, Generała Sikorskiego, albo odpoczniecie na piaszczystych plażach: Catalan Bay, Eastern Beach oraz Sandy Bay.

Inne opcje dostania się na skałę gibraltarską:

– kolejka Cable Car: kursuje co 10-15 minut w ciągu dnia. Przy silnym wietrze nie kursuje.

  1. Wjazd i zjazd kolejką, bez wizyty w Rezerwacie. Oznacza to, że nie zobaczycie jaskiń, mostu, punktu widokowego ani punktu karmienia małp (ale małpy pewnie zobaczycie, bo te biegają swobodnie po całym parku) Cena takiej opcji to 22.50€/os
  2. Wjazd i zjazd kolejką wraz z wizytą w Rezerwacie (taka wersja kosztuje 42,50€). W tej wersji zobaczycie: Skywalk, O’Hara’s battery, most wiszący Windsor, Apes’ Den, jaskinie św. Michała, zamek Maurów, City Under Siege
  3. Wjazd kolejką, wizyta w rezerwacie ale samodzielne zejście pieszo (opcja za 40.50€). Możecie zobaczyć to samo co wyżej, o ile dotrzecie pieszo do wszystkich miejsc.

Generalnie najbardziej opłacalna jest opcja 2, ale atrakcje są tak rozmieszone na skale, że  wjeżdżając na górę, można odwiedzić je wszystkie wyłącznie schodząc. Oznacza to, że aby wrócić na kolejkę powrotną trzeba znów wspinać się pod górę. Mało komfortowe rozwiązanie zwłaszcza w okresie letnim, gdy jest naprawdę bardzo gorąco. Ale podobno od kwietnia do października jest też stacja środkowa (info do sprawdzenia!!), dzięki czemu nie musicie wracać na górę by zjechać kolejką, ponieważ powrotny bilet można wykorzystać wsiadając na środkowej stacji.

Bilet w sezonie najlepiej kupić on-line, ale czasami np. z powodu zbyt silnego wiatru kolejka nie działa. Aby dotrzeć do dolnej stacji kolejki trzeba przejść Main Street do końca i iść cały czas prosto w kierunku widocznych z daleka kabli.

Podobno widoki z górnej stacji kolejki, znajdującej się na wysokości 412m n.p.m. są spektakularne, a na sam szczyt dojdziecie stamtąd w około 5min. Z górnej stacji kolejki blisko jest na punkt widokowy Skywalk –szklany taras zawieszony nad skałą. Stamtąd można przejść do jaskini św. Michała i zobaczyć położony niedaleko Spur Battery. W drugą stronę, idąc czerwonym szlakiem, dojdziecie do Windsor Bridge (most zawieszony na wysokości 50 m nad wąwozem), a potem do Apes’ Den i na koniec do tuneli.

Podsumowując, moim zdaniem lepszą opcją jest zakup biletu na kolejkę  z wizytą w rezerwacie i samodzielne schodzenie pieszo w stronę miasta. Całe zejście zajmie wam około 1h (ze zwiedzeniem po drodze atrakcji). Ewentualnie równie dobrym pomysłem jest „zaliczenie” wszystkich atrakcji na górze i zjazd na dół ze stacji środkowej (o ile taka faktycznie istnieje). Na wizytę na górze warto jest przeznaczyć około 3h. Natomiast jeśli planujecie wycieczkę z małym dzieckiem, które siedzi w wózku, albo nie macie wystarczająco dużo czasu na spacer to polecam wycieczkę objazdową busikiem (o czym pisałam powyżej). W naszej sytuacji był to optymalny wybór.

W środę udaliśmy się do dwóch malowniczych miasteczek – Mijas oraz Benalmadeny.  Mijas to kolejne białe miasteczko w Hiszpanii, do którego jechaliśmy z Malagi 0,5h. Duży problem mieliśmy z zaparkowaniem, krążyliśmy parę razy naokoło miasteczka żeby coś znaleźć, gdyż nawet ogromny podziemny parking był całkowicie zajęty, a samochody stały w kolejce, żeby do niego wjechać, gdy zwolni się jakieś miejsce. W końcu lokalna policjantka podpowiedziała nam, gdzie możemy pojechać i udało się zaparkować wzdłuż wąskiej drogi. Mieliśmy kawałek do przejścia pieszo, ale była to bardzo przyjemna, malownicza trasa z ładnymi widokami,  więc nie stanowiło to problemu. Miasteczko jest przepiękne, dość małe i w zasadzie wszystko, co istotne skupione jest w bliskiej od siebie odległości. W pierwszej kolejności udaliśmy się do kapliczki w skale Ermita de la Virgen de la Peña otoczonej bujną roślinnością. Po prawej stronie od kapliczki był taras widokowy Mirador del Compàs, a także liczne ławeczki, gdzie można odpocząć. Po przejściu na drugą stronę ulicy znaleźliśmy się przy Burro Taxi, czyli postoju „taksówek”, którymi są osiołki, odziane w piękne, kolorowe „ubranka”. Naprzeciwko nich znajduje się budynek Urzędu miasta, a także kolorowy napis Mijas, pomnik osiołkazegar słoneczny. Idąc ciut dalej dochodzimy do punktu widokowego Mirador Hermanos Nuñes Andréu, z którego możemy podziwiać widoki na wschodnią część miasteczka oraz pasmo górskie Sierra de Mijas. Kierując się w górę dochodzimy do placu Plaza Plaza de la Constitución aby usiąść w najmniejszej fabryce czekolady na świecie – Majan Monkey Mijas (po drodze mijaliśmy jeszcze kilka innych), przy której znajdowało się także Muzeum – Museo Taurino. Następnie po przeciwległej stronie placu była winda, którą wjechaliśmy poziom wyżej, aby dojść do Plaza de Libertad z Ratuszemkościołem Iglesia de San Sebastian. Dalej doszliśmy do Plaza de Toros – areny korridy w kształcie owalnym, do którego wstęp miał być darmowy, ale widocznie coś się zmieniło w tym roku i musiałam zapłacić 3e za wejście. Z poziomu krzesełek po prawej stronie rozpościerała się piękna panorama na pueblos blancos. Ostatnim punktem zwiedzania był Parque Botanico de La Muralla z punktem widokowym, po czym udaliśmy się w drogę powrotną na sam dół, do samochodu.

Tego dnia wstąpiliśmy jeszcze do Benalmadeny, miasteczka położonego jedynie 30min od Malagi. Miasteczko, w przeciwieństwie do poprzedniego ma „porozrzucane” atrakcje i można je w zasadzie podzielić na 3 części:

Benalmadena Pueblo – starodawna, andaluzyjska część z charakterystycznymi białymi zabudowami oraz dwoma placami na Starym Mieście (Plaza de España i Plaza Andalucia),
Stupa Oświecenia (Stupa Benalmádena) – buddyjska stupa o wysokości 108 stóp (33 metry), zlokalizowana na zboczu gór Sierra de Mijas, największy tego typu obiekt w Europie i całej zachodniej cywilizacji – widoczna z drogi,
Zamek Colomares (Castillo de Colomares) – jest własnością prywatną, ale udostępnioną do odpłatnego zwiedzania. Jest to zamek-pomnik, wzniesiony na cześć Krzysztofa Kolumba i odkrycia przez niego Ameryki (ze względu na swoją powierzchnię 1500 m² jest to największy pomnik Kolumba na świecie). Stanowi połączenie różnych stylów architektonicznych: bizantyjskiego, romańskiego, gotyckiego i mauryjskiego. Wnętrze budynku mieści puste mauzoleum – w nadziei, że pewnego dnia mogą w nim spocząć szczątki Kolumba – a także najmniejszą kaplicę na świecie (1,96 m²), pod wezwaniem Św. Elżbiety Węgierskiej

Benalmadena Costa – najnowsza część miasta, zlokalizowana wzdłuż wybrzeża. Znaczną część jej zabudowy stanowią obiekty turystyczne (hotele, punkty gastronomiczne, dyskoteki i plaża) oraz takie atrakcje jak:
Port jachtowy i marina (Puerto Deportivo de Benalmádena „Puerto Marina”)

Akwarium publiczne Sea Life Benalmádena i delfinarium Selwo Marina oraz park wodny z delfinami, pingwinami i fokami;
Park Miejski La Paloma (Parque de la Paloma).

Arroyo de la Miel  („Potok miodem płynący”:)– pierwotnie oddzielna osada, zlokalizowana pomiędzy dwoma pozostałymi dzielnicami. Jest główną dzielnicą mieszkalną i handlową. Największe atrakcje turystyczne:
Park rozrywki Tivoli World;
Kolejka górska Teleférico de Benalmádena o długości 5 565 m, którą można wjechać na szczyt Calamorro (wysokość 771 m n.p.m.). Można z niej podziwiać widok wybrzeża Costa del Sol i pasm górskich Sierra Nevady, a przy dobrej widoczności również Gibraltar i  wybrzeże marokańskie. Koszt kolejki w górę i w dół to około 60zł/os.

Dodatkowo w miasteczku znajdziemy 3 wieże:
Torre Bermeja – znajduje się w pobliżu Puerto Marina
– Torre Quebrada
– Torre del Muelle
 – inaczej nazywana też Torre de Benalmádena

Jeżeli przyjeżdżacie tutaj na urlop (a warto, bo to dobra baza wypadowa, a i samo miasteczko ma wiele do zaoferowania) to wybór plaż jest ogromny (Arroyo Hondo, Carvajal, Bonita, Bil Bil, La Morera, Arroyo de la Miel, Benalnatura, Fuente de la Salud, La Perla, Las Viborillas, Playa de las Yucas, Torrebermeja, Santa Ana, Tajo de la Soga, Torremuelle, Torrequebrada y Torrevigía).

Poruszając temat Stupy, to zobaczyliśmy ją z trasy i to nam wystarczyło, ponieważ widzieliśmy już takie rzeczy w Azji. Natomiast bardzo chciałam zobaczyć Zamek Colomares, który mieliśmy w planach, ale był już zamknięty, gdy wracaliśmy z plaży (jest czynny do 18stej). Mieliśmy wrócić tam w ostatni dzień, ale nie było już na to czasu.. Nasze zwiedzanie skupiło się głównie na przejściu Mariny, szukaniu knajpki na obiad i plażowaniu na dużej miejskiej plaży za portem.

Następnego dnia pojechaliśmy do niezwykłego miasteczka, gdzie „niebo zbudowane jest ze skał” – Setenil de las Bodegas, docierając tam z Malagi w około 1,15h. Spacerując po uliczkach, czy pijąc kawę w lokalnej knajpce, nad głową wisiały nam ogromne skały. Dla mieszkańców to codzienność, ponieważ tak żyją od pokoleń, gdyż większość domów została zbudowana w naturalnych jaskiniach. Samochód udało się nam zaparkować przy drodze prowadzącej do Calle Villa, gdzie znajdują się punkty widokowe, a także stary Ratusz i Kościół Iglesia de Nuestra Señora de la Encarnación – kościół Matki Boskiej Wcielenia oraz ruiny średniowiecznej twierdzy. Nie wjeżdżaliśmy na samą górę, ponieważ zależało nam, aby zobaczyć miasteczko wciśnięte w skały, a nie kolejny kościół. Zwiedzanie rozpoczęliśmy od Calle Cuevas del Sol, która rozpoczyna się zaraz po wejściu do strefy miasteczka i jest jedną z najbardziej rozpoznawalnych i fotografowanych uliczek. Pobielone wapnem elewacje domów, charakterystyczne są dla kolejnego andaluzyjskiego miasteczka pueblos blancos, a w tym przypadku zostały wklejone pod wielką skalną półkę. Idąc dalej przechodzi się przez mostek i kierując się w lewo dochodzi się do Calle Cuevas de la Sombra, czyli uliczki ze zjawiskowym skalnym dachem, dającym cień i odrobinę wytchnienia od upału. Głównym placem w miasteczku jest Plaza de Andalucía, na którym znajdują się liczne bary i kawiarnie. Z uwagi na ukształtowanie terenu w miasteczku znajdują się także punkty widokowe, m.in. Mirador El Lizón, z którego roztacza się piękny widok na miasto, czy Mirador Calle San Sebastian. W Setenil de las Bodegas spędziliśmy około półtorej godziny na przyjemnym spacerku. Dużo czasu nie zabiera, a koniecznie trzeba je odwiedzić, bo to niezwykłe miasteczko, które można połączyć z odwiedzinami w Rondzie, gdzie zmierzaliśmy w dalszej kolejności.

Dalej udaliśmy się do Rondy – jednego z najpiękniejszych i najbardziej klimatycznych miast w Andaluzji, a być może nawet w całej Hiszpanii. Zawieszone nad przepaścią wąwozu el Tajo, zachwyca najsłynniejszym mostem w Hiszpanii, od którego ciężko oderwać wzrok i obiektyw aparatu. Ronda, położona na skałach sięgających 780 m n.p.m., zaskakuje monumentalnym mostem — Puente Nuevo, zbudowanym w 1793 r. przez José Martína de Aldehuela. Miasteczko położone jest po obu stronach wąwozu rzeki Guadalevín i składa się z dwóch dzielnic: Ciudad, czyli części muzułmańskiej i Mercadillo, czyli nowszej, chrześcijańskiej części powstałej po rekonkwiście.
Zaparkowaliśmy na bezpłatnym parkingu jakieś 20min spacerem od głównego centrum, a po drodze minęliśmy Plac Plaza del Socorrokościołem Parafia Nuestra Senora Del Socorro. Dalej szliśmy jakby główną ulicą, na której znajdowały się sklepy i knajpki, prowadzącą do naważniejszych atrakcji. I tak doszliśmy do Plaza de Toros – areny do walki byków. Nie wchodziliśmy do środka (zwiedziłam już wcześniej podobną arenę), ale jeżeli chcielibyście zobaczyć ją np. z góry, to podobno jest możliwość wejścia do restauracji Panoramico, znajdującej się obok w hotelu Catalonia Ronda, gdzie na 4 piętrze jest taras widokowy na arenę. Kierując się w lewo ulicą Calle Virgen de la Paz dochodzimy do Placu Hiszpańskiego, za którym znajduje się największa atrakcja Rondy czyli most Puente Nuevo, rozdzielający wąwozem miasto na 2 części. Jeżeli zaś pójdziecie na zachód od Areny, dojdziecie prawdopodobnie do parku z rzeźbami i otwartego teatru skierowanego na wąwóz El Tajo i punkt widokowy Mirador de Ronda/ El Balcón del Coño, czyli platformy widokowej, wychodzącej na krawędź zbocza. Idąc na północ dojdziecie do ogrodów Almanda Del Tajo, której trasa jest po całości jednym wielkim punktem widokowym. My niestety nie zdążyliśmy już w to miejsce, ponieważ się ściemniało i robilo coraz chłodniej, a jak już wiecie byliśmy z maleńkim dzieckiem, które też chciało odpocząć po całym dniu zwiedzania (a niestety ten punkt zostawiliśmy sobie na drogę powrotną). Tak naprawdę spacer po mieście rozpoczyna się dopiero z chwilą przejścia przez najpopularniejszą atrakcję Rondy, czyli most Puente Nuevo (Nowy Most), który jest długi na 400m i wysoki na 100m. Aby jednak zobaczyć most w całej okazałości, należy wybrać się na któryś z wielu punktów widokowych. Po przejsciu mostu, po lewej stronie jest jeden z nich – Mirador de Aldehuela. Po zrobieniu setki zdjęć udaliśmy się na drugą stronę mostu, aby zobaczyć ten obiekt z perspektywy innego punktu widokowego. Dalej przeszliśmy przez ulicę i kierowaliśmy się do Ogrodów Cuenca (Jardines de Cuenca), które ciągną się wzdłuż zbocza po wschodniej stronie wąwozu El Tajo. Ogrody składają się z ponad 20 tarasów, z których rozpościerają się widoki na: wąwóz, stare miasto i oba najważniejsze miejskie mosty. Wchodząc wejściem od Nowego Mostu musimy pokonać trochę schodów w dół, aby ujrzeć owy most w całej okazałości (taras Mirador de Cuenca). Jardines de Cuenca możemy nazwać ogrodem różanym, gdyż rośnie tam aż 61 różnych gatunków tego kwiatu. Wejście do ogrodów jest darmowe i czynne do późna.

Schodząc jeszcze niżej i podziwiając widoki dochodzimy do Puente Viejo (stary most), a następnie, pokonując spory odcinek schodów do łaźni rzymskich (nie wchodziliśmy do środka). Wracając, również po schodach, ale w tym razem w górę i w drugim kierunku, dochodzimy najpierw do fortyfikacji miejskich – Mury La Cijara z bramą o charakterystycznym kształcie podkowy (Murallas de la Cijara), a następnie do głównego placu miasta – Plaza Duquesa de Parcent z kościołem Iglesia de Santa Maria la Mayor, którego dzwonnica uznana jest za pomnik narodowy oraz miejski Ratusz z unikalną fasadą, kolumnami i łukami. Plac otaczają drzewka pomarańczowe, które tworzą bardzo przyjemny klimat i dają nieco cienia od promieni słonecznych. Ostatnim punktem był plac Plaza de Maria Auxiliadora (położenie: 36.738168, -5.167071), z którego powinna rozpoczynać się trasa po zachodniej stronie La Ciudad na punkt widokowy na Puente Nuevo. Niestety okazało się, że trasa jest zamknięta i nie ma możliwości, aby się tam dostać. Z tego punktu zaczęliśmy się kierować w stronę auta, przechodząc raz jeszcze przez najbardziej charakterystyczny punkt miasta – Nowy Most.

Bardzo chciałam dostać się na jeszcze jeden punkt widokowy, jakby poniżej ogrodów Cuenca – Mirador del Puente Nuevo, skąd rozpościera się widok na most oraz wodospad, ale niestety nie znalazłam tam drogi:(

W drodze powrotnej z Rondy, jeżeli wystarczy Wam czasu, polecam odwiedzić jeszcze miasteczko Juzcar. Jest to wioska Smerfów i – w przeciwieństwie do andaluzyjskich pueblos blancos – domki są niebieskie. Trasa graffiti ukazuje 14 Smerfów oraz posągi Papy Smerfa, Ważniaka i Smerfetki. W miasteczku są też tradycyjnie punkty widokowe:

– La Torrichela przy statuetce Papy Smerfa
– El Jardón przy statuetce grzyba
– Mirador San Jose
– Las Zuas
– El Molinos

My niestety nie zdążyliśmy tam pojechać i w sumie uznaliśmy, że jak córka nam podrośnie to będzie to dla niej większa frajda, niż teraz, bo i tak nic nie będzie pamiętała. Teraz frajda byłaby tylko dla mnie, bo to moja ulubiona bajka z dzieciństwa 🙂

W ostatnim dniu po wymeldowaniu pojechaliśmy jeszcze raz do centrum Malagi, aby zwiedzić Twierdzę Alcazaba z fortecą i rzymskim teatrem oraz Zamek Gibralfaro, do których można kupić jeden, wspólny bilet wstępu (5,50e/os) lub tylko na Twierdzę (2,50e). Teren twierdzy stanowi połączenie starych murów ze wspaniałymi ogrodami, fontannami i przepięknymi punktami widokowymi na całe miasto. Natomiast Zamek Gibralfaro został zbudowany w XIV wieku, aby zapewnić lepszą ochronę niżej położonej twierdzy Alcazaba. W zamku można obejrzeć kolekcję dawnej broni oraz spojrzeć z jeszcze lepszej perspektywy na miasto. Polecam zwiedzać te dwa zabytki od samego rana, albo w jakiejś chłodniejszej porze roku, ponieważ sama droga pod górę (do Zamku) już jest dość męcząca, a jak dodamy do tego słońce i wyższą temperaturę to jest istne piekiełko 🙂

Po zwiedzeniu tych atrakcji udaliśmy się na plażę Malagueta w centrum miasta, aby wygrzać się w słoneczku w ostatnich godzinach przed powrotem do wciąż zimowej Polski.

       Andaluzja to bez wątpienia kraina słońca, flamenco, corridy, sjesty i fiesty. Bardzo się cieszę, że mogłam zobaczyć chociaż fragment tak wspaniałej części kontynentalnej Hiszpanii. Przyjeżdżając tutaj z pewnością nie będziesz się nudzić – ilość atrakcji i miejsc godnych zobaczenia jest ogromna. Wiele do zaoferowania mają nie tylko duże, znane miasta, ale także maleńkie miasteczka czy wioski… Z całej naszej wyprawy dla mnie numerem jeden jest Kanion Caminito Del Rey, natomiast cała reszta podobała mi się również bardzo. Wyjazd z niemowlęciem miał pewne „ograniczenia”, nie wybieraliśmy się do bardzo odległych miejscowości, ale może to i lepiej, ponieważ na pewno będę chciała tutaj jeszcze wrócić, aby zobaczyć Sewillę, czy Kadyks. Pobyt w Andaluzji polecam każdemu, kto lubi zwiedzać, ale także wypoczywać i czerpać radość ze słońca oraz ciepełka – jak dużego? To zależy już tylko od pory roku jaką wybierzecie 🙂

Cennik: przyjęłam 1zł=4,50e
Do całości nie są wliczone koszy paliwa oraz to co zostało wydane na miejscu.

Loty 300zł/os/2str
Pierwszeństwo wejścia i bagaż 10kg 240zł/os/2str
Nocleg 574zł/os
Pociąg do Kanionu Ok. 60zł/os/2str
Autobus do Kanionu Ok. 6,50zł/os
Bilet wstępu do Kanionu (z przewodnikiem) 80zł/os
Wycieczka busem po Gibraltarze Ok.200zł/os
Bilet wstępu do Alcazaba+Zamek Gibralfaro Ok. 25zł/os
Samochód 190zł/os
Ubezpieczenie 50zł/os
SUMA 1725zł/os
Lot – dziecko 300zł/2str
SUMA 2025zł

 

Bez kategorii

W tym krótkim opisie przedstawię Wam sprawdzone sposoby, jak obniżyć koszty podróży.

  • odpowiednia ilość osób:

– podróżować w więcej niż 1-2os. Najlepiej w 4 osoby, aby można było wziąć wspólny apartament (o ile to możliwe) oraz żeby podzielić koszty związane z wynajmem samochodu, czy przemieszczania się taksówkami. Taka liczba osób jest optymalna, aby było taniej, ale też nadal wygodnie, bez zbędnego ścisku.
– tutaj można dołożyć również jedzenie, jeżeli apartament lub pokój jest z kuchnią, to zrobienie wspólnych zakupów, a później posiłków również wyjdzie taniej.
– koszty parkingowe za samochód, którym przyjeżdżamy na lotnisko – wtedy również się dzielą na więcej osób.
– ubezpieczenie grupowe jest też zwyczajowo nieco tańsze niż dla 1 czy 2 osób.
– wspólne, podstawowe leki (awaryjnie)

  • rezerwacje:

– regularne rezerwacje z danego serwisu np. na Booking dają spore zniżki, z których można skorzystać przy kolejnym wyjeździe.
– regularne przeglądanie portalów tematycznych np. Fly4free, gdzie można znaleźć wskazówki dotyczące tańszych kierunków.
– szukanie noclegów na takich portalach, jak właśnie Booking czy AirB&B
– korzystanie z wyszukiwarek tanich lotów: Skyscanner, Flipo, Kayak, Opodo, Azair i jak już znajdziemy jakieś fajne połączenie to ZAWSZE bilety kupujemy na docelowej stronie przewoźnika (nigdy ze stron pośredników), a jeśli chodzi o loty po Europie to polecam szukać bezpośrednio na stronach Wizzair lub Ryanair.

OSTATNIO przeczytałam (2024r), że znaczne oszczędności można również zyskać na koncie Wizzair pod kątem noclegów. Jeśli kupujemy lot i rezerwujemy hotel przez stronę Wizzair’a, to podobno za rezerwację hotelu otrzymuje się 5% zwrotu na wykorzystanie na loty w Wizzair. Rezerwacja hotelu robiona jest na stronie Booking.com, a strona sama podpowiada ile zwrotu na loty dostaniecie. Przy rezerwacji trzeba podać nr karty członkowskiej, który znajdziecie w zakładce „Mój profil”, a w zakładce „Konto WIZZ” sprawdzicie swoje środki do wykorzystania. Ta informacja jednak nie została jeszcze przez nas przetestowana.

  • opłaty samolotowe:

– jeżeli dużo podróżujecie tanimi liniami po Europie to warto np. w Wizzair wykupić członkostwo, które kosztuje około 30e i ważne jest przez rok. Dzięki niemu możemy dla siebie i jednej osoby towarzyszącej kupić nieco tańsze bilety. Opcja rozszerzona na większą ilość osób jest trochę droższa.
– często przy rezerwacji lotu wykupowaliśmy pierwszeństwo wejścia, które dawało możliwość zabrania większego (normalnego) bagażu kabinowego w cenie. To zdecydowanie bardziej się opłacało niż wykupienie takiego bagażu oddzielnie, lub jako rejestrowany. Te opcje trzeba jednak sprawdzać na bieżąco, bo czasami bardziej opłacało się wykupić sam bagaż 10kg (kabinowy) niż wcześniej opisane pierwszeństwo wejścia…
Niestety kilka lat temu Wizzair i Ryanair zmieniły politykę bagażową i obecnie takim bagażem kabinowym jest jedynie zwykły plecak, który mamy w cenie biletu, a każdy inny bagaż, w tym np. mała walizka 10kg jest już dodatkowo płatna. Aktualnie trzeba przeanalizować, czy bardziej opłaca się kupić mniejszą walizkę (10kg), pierwszeństwo wejścia na pokład czy jedną dużą, rejestrowaną walizkę (20kg), np. podróżując w parze i dzieląc ją na 2osoby.
W większych liniach lotniczych, walizka kabinowa (10kg) dalej uważana jest jako bagaż podręczny i nie trzeba za nią płacić, zwłaszcza gdy jedziemy poza Europę.
– czasami bilety lotnicze z Polski są dużo droższe niż z innych krajów Europy. Zwłaszcza w ostatnim czasie jest to już prawdziwy cenowy kosmos, ale teraz nie o tym. Jakiś czas temu nasi przyjaciele przenieśli się do Rzymu na niecałe 2 lata i okazało się, że stamtąd można polecieć w wiele miejsc znacznie taniej, niż z Polski. Był czas, gdzie w zasadzie zawsze lataliśmy od nich, aby polecieć gdzieś dalej (np. na Kanary, albo do USA), pod warunkiem że znaleźliśmy tanie połączenie do stolicy Włoch (co akurat nie było problemem). Cały czas monitorowaliśmy ceny, aby wstrzelić się w odpowiedni moment, co oczywiście łatwe nie było, ale dla przykładu podczas naszej którejś z kolei podróży do wiecznego miasta bilety powrotne do Polski kupowaliśmy dopiero parę dni przed planowanym powrotem i początkowa cena była 80e/os, później spadła do 37e/os, ale stwierdziliśmy, że czekamy do końca dnia i cena spadła do 10e/os. Rzym to jedno z wielu miast, gdzie te loty są znacznie tańsze, można je również spotkać podróżując z Pragi, Londynu czy Berlina. Oczywiście taka sytuacja może mieć też odwrotny przebieg, dlatego nie namawiam do czekania na ostatni dzwonek. Najlepiej analizować przebieg cen i wybrać opcję, która wychodzi najkorzystniej. Pomocna jest tutaj ostatnio (2024r) odkryta przeze mnie strona AirHint, która podpowiada nam, czy dany bilet lotniczy kupić już, czy jeszcze się wstrzymać, bo bilet ten może potanieć… Trzeba szukać, sprawdzać, poświęcić temu trochę czasu, dopasować koszty do obecnych warunków i na pewno coś korzystnego wpadnie 🙂

Czasami, latając tanimi liniami można również zyskać. Jak?
Mając wykupiony lot np. w Wizzair liczba sprzedanych biletów często przewyższa liczbę miejsc siedzących. To zdarza się prawie zawsze przy pełnym obłożeniu samolotu, bo linia lotnicza liczy na to, że kilku pasażerów nie pojawi się na locie i w większości przypadków tak właśnie jest. Ale czasami jest tak, że nikt nie zrezygnował i na gate’ach okazuje się, że mamy overbooking – czyli brakuje miejsc dla wszystkich pasażerów. W tym wypadku, przed wylotem, obsługa samolotu podchodzi do ludzi i pyta czy ktoś nie chce zrezygnować i polecieć np. kolejnym lotem, czy następnego dniu (o ile oczywiście jest taki lot i jeśli może sobie na to pozwolić, bo nie jest się ograniczonym konkretnym terminem powrotu). Takie zapytanie czasami jest również ogólnosłyszalne w hali odlotów i można się samemu zgłosić. Dzięki temu otrzymujemy darmowy lot w najbliższym możliwym terminie i 250e/os jako rekompensata. Tak więc jeśli nie ogranicza Cię urlop, masz się gdzie zatrzymać, a do domu możesz wrócić parę godzin później lub następnego dnia, to jest to ciekawa okazja do zarobienia dodatkowych pieniążków.

Parę lat temu była możliwość zbierania punktów na karcie Wizzair Club za robienie zakupów i płacenie kartą kredytową z Raiffeisen Banku. Bardzo dużo skorzystaliśmy z tej opcji. Kilka razy lecieliśmy zupełnie za darmo, a czasami dopłacaliśmy jakieś grosze do biletów. Niestety, co dobre się szybko kończy, więc i ta super opcja została wygaszona po kilku latach… ALE, w czerwcu 2024r pojawiło się dla nas światełko w tunelu, ponieważ okazało się, że podobną ofertę ma karta kredytowa w banku PEKAO S.A. Założyliśmy ją i regularnie robimy zakupy, zbierając tym samym punkty, które są wymieniane na mile, a te można wykorzystać na dopłatę do lotów.  Jest to świeży temat, dlatego na razie cierpliwie zbieramy te punkty i czekamy, aż będziemy mogli skorzystać z jakiejś zniżki na lot.

  • inne opłaty:

– wyrobienie sobie karty wielowalutowej w dowolnym banku lub np. Revoluta, dzięki którym nie będą nam pobierać opłat za przewalutowanie złotówek
– Revolut bardzo często ma również promocje za polecenie karty innym osobom, za co można zyskać dodatkowe środki, jak również skorzystać z pokojów VIP na lotniskach, które takie pokoje posiadają lub jakieś inne zniżki, które przysługują tej karcie.  

 

JAK TO BYŁO Z REJSEM CARNIVALEM ?
(Statkiem wycieczkowym z Miami po Karaibach)

           Jako, że był to nasz pierwszy rejs takim wycieczkowcem i mieliśmy duże ograniczenia pieniężne oraz terminowe, zdecydowaliśmy się w zasadzie na jedną z tańszych opcji, czyli wycieczkę za ok.400$/os na 6 dni z odwiedzeniem 3 wysp (Princess Cays na Bahamach, Grand Turk i Amber Cove na Dominikanie). Bardzo kusił nas rejs na 8 dni z 4 albo 5cioma wyspami (w tym: Aruba, Haiti, Kurasao oraz Jamajka), ale nie mogliśmy się wbić w odpowiedni termin.  

Ceny rejsów zmieniają się pod kątem ilości dni, liczby odwiedzanych miejsc oraz rodzajów pokoi na statku. Celowo wybraliśmy kajutę bez okna, gdyż była to dużo tańsza opcja niż ta z oknem. Wyszliśmy z założenia, że tam i tak będziemy tylko spać i bez sensu dopłacać za niepotrzebną rzecz. Następnym razem zrobilibyśmy dokładnie tak samo.

Rejsy są różne i można w ten sposób zobaczyć naprawdę atrakcyjne miejsca na świcie.

Organizatorów takich wypraw też jest pod dostatkiem i wszystko zależy od tego jakim budżetem dysponujemy.

Im więcej rejsów z danej firmy się wykupi, tym kolejne są tańsze i często przysyłają oferty na maila z propozycjami następnych wycieczek (ilość zniżki zależy też podobno od ilości nocy na morzu czy oceanie).

             Ogólnie polecam każdemu taki rejs. W naszym przypadku na pewno nie był to ostatni raz. Za nieduże pieniądze można mieć all inclusive (w naszym przypadku bez alkoholu, ale taki pakiet można wykupić dodatkowo) i opływać najpiękniejsze miejsca na Ziemi, a to wszystko na genialnie zorganizowanym statku, gdzie jest dosłownie wszystko i nikt się na nim nie będzie nudził.

Grecja

              Santorini to miejsce pełne romantycznych zakątków i wspaniałych krajobrazów,  bezkresnego morza oraz białych zabudowań i kościołów z niebieskimi kopułami. Ze względu na to, że Santorini to wyspa wulkaniczna, znajdziemy tam jedyne w swoim rodzaju czerwone klify i plażę z brunatnym piasku. Dzięki pobytowi na Krecie, mieliśmy możliwość odwiedzenia Santorini na jednodniowej wycieczce. Continue Reading