Tajlandia

TAJLANDIA 28.02-14.03.2016

        Tajlandia to jeden z najpopularniejszych kierunków turystycznych w Azji Południowo-Wschodniej. Trudno się temu dziwić, ponieważ w kraju kwitnącej orchidei atrakcji jest mnóstwo, począwszy od lazurowego morza, cudownych, tropikalnych plaż z białym piaskiem i zielonych lasów palmowych, poprzez pyszną tajską kuchnię, aż do wspaniałych zabytków architektonicznych, gęsto rozsianych po całym kraju. Wielomilionowa stolica kraju, która tętni życiem przez całą dobę, jest nie tylko najgorętszym miastem Tajlandii, ale również tworzy swoisty kontrast nowoczesności z tamtejszą tradycją i kulturą. Stare świątynie na tle szklanych wieżowców, czy nocne bazary obok eleganckich centrów handlowych – naprawdę warto poznać to niezwykłe miejsce, które kryje w sobie wszystkie perełki Azji..

Naszą pierwszą, egzotyczną podróżą, zorganizowaną bez pomocy biura podróży była właśnie Tajlandia. Być może gdyby nie nasz znajomy, który tam był już parę razy, jeszcze wtedy nie odważylibyśmy się tam lecieć. Ale dzięki temu, że zamierzał pojechać tam kolejny raz, udało nam się spełnić marzenie o pierwszych egzotycznych wakacjach. Opowiadał o kraju, namawiał na wyjazd, pokazywał zdjęcia z wypraw i zapewniał o swojej pomocy. W końcu nas przekonał i chwała mu za to! Kuba, bo tak ma na imię, poleciał na miejsce 2 tygodnie wcześniej, aby zwiedzić północną część Tajlandii. Mieliśmy się spotkać z nim w „połowie” drogi. Lecieliśmy w 4 osoby (2 pary), a na miejscu dołączaliśmy do niego i jego dziewczyny.
Lot Qatarem startował z Budapesztu, do którego pojechaliśmy samochodem. Przesiadka w katarskim Doha, a następnie drugi lot już do Bangkoku.

Następnego dnia rano mieliśmy lot do Bangkoku. Cena biletu w dwie strony oscylowała w granicach 1,8 tys zł. Z głównego lotniska w stolicy Bangkoku odbyliśmy krótki lot wewnętrzny do prowincji Trang, gdzie czekał na nas, wcześniej potwierdzony przez Kubę, jeden z lokalsów. Stamtąd, speed boatem, dostaliśmy się na wyspę Koh Mook, na której spędziliśmy 4 dni. Spaliśmy w domkach Hadfarang Bungalow, usytuowanych w samym sercu lasu. Wybrzeże oddalone było mniej niż 3 minuty na piechotę. W obiekcie znajdowała się również restauracja, która codziennie serwowała nam jedzenie. Gospodarzem obiektu był przemiły Taj.

Następnego dnia rano udaliśmy się łódką (longtailem) na przepiękną wyspę Koh Kradan, która była wizytówką Tajlandii w najlepszym tego słowa znaczeniu. Bardzo klimatyczna plaża, błękitna woda, drobny piasek, spokój i kameralna atmosfera. Na wyspie znajdował się chyba tylko jeden obiekt, przyjmujący gości.

Nazajutrz skorzystaliśmy z kolejnej wycieczki, tym razem popłynęliśmy na pobliskie wyspy, aby podziwiać piękno przyrody, a także posnurkować.

W tym dniu wypożyczyliśmy też skutery, aby zwiedzić lokalną wyspę. Znajduje się na niej kilka obiektów, w których można przenocować, ale ogólnie to wyspa dość kameralna, mało turystyczna. My chcieliśmy przede wszystkim zobaczyć właśnie taki, trochę dziki i jeszcze nieodkryty kawałek Tajlandii, bez tłumu ludzi.

Następną wyspą, którą odwiedziliśmy, była Koh Lipe. Zdecydowanie bardziej turystyczna (ale nie aż tak bardzo, jak te najbardziej znane). Podróżnych było generalnie sporo, ale na plażach nie było tego widać. Znajdowały się tam liczne bary, restauracje i sklepiki. Sama wyspa znajduje się na terenie parku, dlatego też bezpośrednio do niej mogą dopływać tylko longtaile. Z Koh Mook na Koh Lipe dopłynęliśmy speedboatem, a następnie do samego brzegu już zwykłą łódką. Na wyspie znajdują się co najmniej 3 plaże, a kolor tamtejszej wody jest obłędny. Nie mieliśmy wcześniej zarezerwowanego noclegu i niestety troszkę czasu zajęło nam znalezienie czegoś dla 6 osób. Po około 2h udało się zarezerwować 3 pokoje w domkach wielorzędowych.

Po dwóch dniach plażowania wykupiliśmy sobie wycieczkę na snurkowanie i pobliskie wysepki.

Po wspaniałym odpoczynku na tajskich plażach, ruszyliśmy w podróż do stolicy kraju. Trasa była długa i nieco skomplikowana, ale wszystko udało się dobrze zorganizować. Generalnie do Bangkoku można dostać się na kilka sposobów. My wybraliśmy pociąg i mimo, że taka podróż kosztuje więcej czasu niż samolot, to trasa przebiegła sprawnie, a do tego w bardzo miłej atmosferze. Uważam też, że przejażdżka takim pociągiem jest bardzo fajnym doświadczeniem. Ale od początku – z wyspy udaliśmy się na ląd ponownie speedboatem, następnie lokalnym busikiem dojechaliśmy do stacji kolejowej, a stamtąd już wspomnianym pociągiem dalekobieżnym do Bangkoku. Podróż zajęła właściwie cały dzień – od południa w dniu wyjazdu, do godzin porannych kolejnego dnia. Pociąg z przedziałami sypialnianymi, bardzo wygodny, z możliwością zakupu jedzenia. Z siedzisk robiło się łóżka, na których spało się komfortowo.

Bangkoku mieliśmy już wcześniej zarezerwowany hotel za pośrednictwem serwisu Booking. Znajdował się on nieopodal głównej ulicy Khao San Road. W stolicy kraju spędziliśmy 4 dni. W ostatnią noc zmieniliśmy miejsce noclegu, aby być bliżej lotniska i dzięki temu nie przebijać się przez korki w centrum miasta. Takie rozwiązanie pozwoliło zwiedzić też drugą część miasta, ze słynnym Sky Tower w Bangkoku – Baiyoke.

Przez dwa pierwsze dni zwiedzaliśmy centrum Bangkoku, głównie świątynie. Wieczorem wychodziliśmy na streetfoody. Miasto jest bardzo kolorowe, głośne, zaludnione, pełno tu samochodów, skuterów, tuk-tuków i turystów, którzy nie wiedzą jak przechodzić przez ulicę, bo nikt zmotoryzowany się nie zatrzymuje. A trzeba to robić.. spontanicznie, szybko i pewnym krokiem! Jest to także stolica pełna kontrastów, ponieważ ulice nie należą do najczystszych, a świątynie Buddyjskie opływają w luksusie. Jedzenie jest pyszne, mimo że warunki w których jest ono przygotowywane pozostawia często wiele do życzenia. Ceny jedzenia są bardzo przystępne. Na ulicach często można zobaczyć „ladyboyów”, choć na samym początku ciężko ich rozpoznać, co świadczy o dobrze wykonanej robocie 🙂 Jest to też niewątpliwie jakaś cecha charakterystyczna tego miejsca, która nie występuje w innych krajach, a na pewno nie na taką skalę. Pozostałe „atrakcje” również budzą kontrowersje. Mam tutaj na myśli ping-pong show czy walki kogutów, podczas których zawsze jeden z nich ginie. My nie skorzystaliśmy z takich rozrywek, a w zamian za to, udaliśmy się na prawdziwy, tajski masaż. Najpierw samych stóp, aż do kolan, a następnie na masaż całego ciała. Dla mnie osobiście było to fantastyczne rozluźnienie, choć nie wszystkim z naszej ekipy podobało się to tak bardzo. Ceny masaży w Tajlandii są niskie, porównując z kosztem takiego zabiegu wykonanego w naszym kraju. Dodatkowo i jak zawsze w tych rejonach świata, warto się jeszcze potargować.

W początkowej fazie zwiedzania świątyń udaliśmy się do China Town, a następnie do kompleksu Wat Traimit , gdzie znajduje się złoty Budda. Jest to największy na świecie posąg Buddy, zrobiony ze złota.  Ma on 3m wysokości i waży ponad 5 ton.

Kolejnego dnia ruszyliśmy w kierunku Wielkiego Pałacu, gdzie znajduje się Wat Phrakaew, a w nim Świątynia Szmaragdowego Buddy, która mieści wiele posągów Buddy ze złota, srebra i kamienia, a nad wszystkim góruje szmaragdowy Budda na złotym cokole z baldachimem o pięciu parasolach oraz naturalnej wielkości Budda z lanego złota, ważący 75 kg, rzeźbiony i zdobiony drogocennymi kamieniami. Posadzka świątyni pokryta jest w całości płytkami ze srebra, ściany zaś interesującymi malowidłami, przedstawiającymi sceny z życia Buddy.

Następnie udaliśmy się do świątyni Wat Pho, która jest jedną z największych (powierzchnia: 80.000m²) i najstarszych świątyń buddyjskich w Bangkoku. Znajduje się w niej ponad tysiąc wizerunków Buddy, w tym słynny Leżący Budda, który osiąga prawie 50m długości.

Trzecią i ostatnią już świątynią była Wat Arun, która znajdowała się po drugiej strony rzeki. Trasa nie jest długa, ale najlepiej zaopatrzyć się w jakieś maseczki ochronne, ponieważ statek strasznie kopci. Woda też do najczystszych nie należy. Sama świątynia jest piękna, choć częściowo była w renowacji.

W trzecim dniu udaliśmy się do sierocińca dla słoni – Elephant Heaven. Wycieczkę kupowaliśmy wcześniej z Polski. Wyprawa zajęła nam cały jeden dzień. Bardzo wcześnie rano, z dworca autobusowego w Bangkoku, pojechaliśmy busem do miejscowości Kanchanaburi, a stamtąd odebrał nas pracownik tego sierocińca i zawiózł do miejsca docelowego. Wybraliśmy ten obiekt świadomie, ponieważ tutaj realnie opiekują się przygarniętymi zwierzętami. Są traktowane właściwie, nie są wykorzystywane do żadnych celów, nie jeździ na nich. Są „atrakcją turystyczną”, ale w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Niestety Tajlandia słynie z pokazów zwierząt, choćby tygrysów, które są faszerowane lekami nasennymi, aby turyści mogli do nich podchodzić i robić sobie z nimi zdjęcia… Z kolei słonie są traktowane jak zwierzęta transportowe dla ludzi i aby były posłuszne, bije się je czekanami w uszy. Zdecydowanie odradzam takie miejsca i takie rozrywki.

Do Elephant Heaven przyjechaliśmy w godzinach przedpołudniowych. Najpierw przygotowaliśmy jedzenie dla słoników, następnie karmiliśmy ich własnoręcznie przygotowanymi posiłkami. Później udaliśmy się na długi spacer po lesie, gdzie mogliśmy z nimi bardzo blisko przebywać. To niesamowite uczucie móc spacerować w otoczeniu dzikich i tak ogromnych zwierząt! W dalszej kolejności słonie udały się na drzemkę, a my – na obiad, przygotowany przez opiekunów sierocińca. Popołudniu odbył się kolejny spacer, tym razem z ulubioną kąpielą w rzece i błocie, gdzie słonie popisywały się swoimi umiejętnościami. Po wszystkich „pokazach” razem weszliśmy do wody, aby umyć słoniki z błota i kurzu. Pieniążki, które zapłaciliśmy za wejście, są przekazywane na utrzymanie ośrodka, w zakresie jedzenia, niezbędnej opieki, leczenia i innych potrzeb. Podsumowując, dzień spędzony z dzikimi zwierzętami był fantastycznym doświadczeniem i niezwykłą pamiątką z naszego wyjazdu. 

W drodze powrotnej poprosiliśmy kierowcę, aby zawiózł nas na chwilę w okolice słynnego, filmowego mostu na rzece Kwai, gdzie był kręcony film o takim samym tytule. Nieopodal znajdowały się również wodospady Erevan, ale w tym czasie były wyschnięte.

Ostatnią noc spędzaliśmy w innym hotelu, bliżej lotniska. Były to już takie peryferie Bangkoku, ale nieopodal znajdowało się ZOO, które udało nam się zwiedzić, a także słynne Baiyoke. Widok z góry robił duże wrażenie.

W tajskim ZOO atrakcją była też polska krowa hodowlana.

                  Tajlandia to bardzo barwny i zróżnicowany kraj. Ogólny hałas i brud mieszają się z bogactwem pięknych buddyjskich pałaców. Cudne rajskie plaże i pyszne jedzenie to kwintesencja pobytu. Wakacje w Tajlandii pozostaną w mojej pamięci na zawsze, choćby z tego względu, iż była to pierwsza daleka i egzotyczna podróż, zorganizowana „na własną rękę”. Wyprawę w to magiczne miejsce polecam każdemu.