Sri Lanka

 SRI LANKA 22.02 – 03.03.2020

          Za co się kocha Sri Lankę? Za jej różnorodność, ponieważ ta niewielka wyspa ma wszystko – zielone góry, ciepły ocean, bogatą historię i naturę, a także wiele niezwykłych zabytków. Do tego pachnie herbatą i curry.

Nie sądziłam, że kiedykolwiek uda się zorganizować ten wyjazd, ponieważ w początkowej fazie planowania pojawiło się wiele argumentów za, ale i kilka przeciw tej wyprawie (głównie związanych ze zbyt wysoką ceną). Kiedy jednak poczytaliśmy o tych krajach (Sri Lanka i Malediwy) trochę więcej, to okazało się, że wcale nie musi być taki drogi wyjazd. Dlatego też zaczęliśmy szukać lotów i wybierać najlepszą spośród różnych opcji. Bilety lotnicze w formie „multicity” kupiliśmy na przełomie listopada i grudnia za 2300 zł – z Warszawy na Sri Lankę przez Doha – a w drugą stronę ze stolicy Male do Warszawy przez Doha. Bilet ze Sri Lanki na Malediwy kupiliśmy za 550zł. Lecieliśmy liniami Qatar (Polska-Sri Lanka; Malediwy-Polska) i Emirates (Sri Lanka-Malediwy). Dodatkowe koszty, jakie ponieśliśmy, to:

61zł/os– ubezpieczenie podróży i bagażu
3500zł – wymiana waluty/os

Na Sri Lance spędziliśmy 9 pełnych dni, a na Malediwach 5 dni (6nocy). Dodam również, że podróżowaliśmy w 5 osób (2 pary i singiel) i zawsze przy wyborze noclegu kierowaliśmy się tym, aby były 3 pokoje (dla par osobno i dla kolegi osobno).

I dzień – po przylocie, odebraniu bagaży i zakupie karty telefonicznej Dialog-10GB za1300 rupii – 26zł (długa kolejka z uwagi na zorganizowane grupki turystów, ale było kilka dostępnych okienek), wyszliśmy z terminala i dzięki aplikacji „Pick me” zarezerwowaliśmy vana, który  dowiózł nas do Sigiriyi, gdzie mieliśmy nocleg w Gangula Lodge. Za podróż zapłaciliśmy 8200 rupii – 164 zł za cały samochód, którym jechaliśmy 3:15h z tankowaniem i wymianą opony, bo po drodze złapaliśmy gumę 🙂

Nocleg kosztował nas łącznie 101$ za 3 pokoje/2noce ze śniadaniami (czyli ok.33zł/noc/os). Pokoje czyste, budżetowe, wystarczające na krótki pobyt. Śniadanie bardzo dobre i obfite. Porównując wszystkie miejsca noclegowe, które „zaliczyliśmy” podczas naszej wyprawy, to tutaj zjedliśmy zdecydowanie najlepsze śniadania (takie, którymi można było się najeść i były pyszne). W skład takiego śniadania wchodziły: herbata, kawa, naleśniki z bananami – do dziś zwane przeze mnie naleśnikami srilankowymi 🙂 – omlety, owoce. Pokoje mogliśmy odebrać o godzinie 11.00, więc Pani gospodarz udostępniła nam  1 pokój, w którym mogliśmy się umyć po podróży i odpocząć. Wartością dodaną tego noclegu była niewielka odległość do Skały Sigiriya oraz bliskość przyrody, ponieważ wokoło domków było dużo zieleni, a także dziko żyjących małpek 🙂

Po ogarnięciu się ruszyliśmy w stronę Dambuli, aby odwiedzić Golden Temple, do którego dojechaliśmy autobusem miejskim bezpośrednio spod naszego noclegu. Płaciliśmy ok. 50 rupii – 1zł/os. Jechaliśmy ok. 40min do dworca, a do samej świątyni dojechaliśmy w kilka minut tuk-tukiem za 200 rupii – 4zł za jednego tuk tuka. Wchodziliśmy głównym wejściem i po pokonaniu wielu schodów doszliśmy do miejsca, gdzie zostawia się buty i wchodzi do świątyni. Okazało się, że bilety można było kupić również schodząc w drugą stronę w dół (na lewo od wejścia do świątyni). Zwiedzenie wszystkich pięciu świątyń zajęło nam ok. 30 min, a za bilet do kompleksu Złotej Świątyni płaciliśmy 1500 rupii – 30zł/os.

Następnie wzięliśmy tuk-tuka do dworca i wróciliśmy lokalnym autobusem do Sigiriyi, aby wejść na Pidurangala Rock. Wysiedliśmy przy szosowej drodze wiodącej do skały i wzięliśmy kolejnego tuk-tuka za 350 rupii (7zł), który dowiózł nas pod samo wejście, i tyle samo w drodze powrotnej. Za wejście na górę zapłaciliśmy 500 rupii – 10zł/os, marsz w górę rozpoczęliśmy dopiero ok. 17.40, więc musieliśmy się mocno spieszyć, bo ok. 18stej zachodziło już słońce. Udało nam się dotrzeć na sam szczyt przed zmierzchem, na który w zasadzie „dobiegliśmy” w ok. 15-20min. Radzę, aby rozpocząć wędrówkę najpóźniej o 17stej, bo wtedy można dotrzeć na zachód słońca bez niepotrzebnego stresu i pośpiechu, a na miejscu łatwiej znaleźć miejsce widokowe i mieć też czas na zdjęcia. W fazie końcowej trasa jest nieco trudniejsza, ponieważ trzeba się wdrapać na większe kamienie i przeciskać przez wąskie szczeliny, dlatego też dobrze mieć wygodne, pełne buty (japonki odpadają). Trzeba również pamiętać, że po drodze przechodzi się przez świątynię, dlatego należy wziąć ze sobą coś do okrycia ramion oraz kolan i pamiętać o zdjęciu butów w odpowiednim momencie. Widoki podczas zachodzącego słońca zdecydowanie rekompensują wysiłek i niedogodności związane z wyczerpującym (jeśli robionym w takim pośpiechu) wejściem.

Po powrocie do domu poszliśmy jeszcze na kolację na „miasto”, za którą zapłaciliśmy ok. 20zł/os.

Ogólnie dzień należał do bardzo aktywnych i byliśmy mega zadowoleni, że udało nam się osiągnąć wszystko, co zaplanowaliśmy na pierwszy dzień na Sri Lance.

II dzień – Po śniadaniu udaliśmy się do Polonnaruwy, z kierowcą, którego zorganizował nam nasz gospodarz za 8tys. rupii-160zł/auto/2str. Jechaliśmy ok. 1,5h, a za wejście na teren ruin zapłaciliśmy 25$ – 100zł/os. Kierowca najpierw podwiózł nas pod muzeum, gdzie kupiliśmy bilety, a następnie zawiózł w miejsce, gdzie można było wypożyczyć rowery, bo właśnie taką opcje zwiedzania tego starożytnego miasta wybraliśmy (za 400rupii-8zł/os/cały dzień). Bilety trzeba mieć cały czas przy sobie, ponieważ trzeba je okazywać w każdej z trzech części (wejście główne, wejście do miejsca, gdzie spoczywa umierający Budda oraz do muzeum). Kompleks zwiedziliśmy w 3h. Trzeba pamiętać, aby wziąć ze sobą wodę, olejki ochronne do opalania i coś do okrycia ramion oraz kolan, a także skarpetki, ponieważ czasami nawierzchnia jest bardzo mocno nagrzana, a buty trzeba ściągnąć (np. przed pomnikami). Uważam, że cały kompleks jest warty zobaczenia, w końcu dlatego wybraliśmy właśnie ten spośród innych. Dodatkową atrakcją tego miejsca są zwierzęta, które można spotkać na każdym kroku (w większości małpki).

III dzień – o 10 rano ruszyliśmy w stronę Ella przez Ambuluwawa Tower. Znaleźliśmy kierowcę za 18tys rupii – 360zł/auto/1str. (72zł/os), a sama podróż trwała 12h (przy czym koło wieży byliśmy po ok. 2,5-3h). Jeżeli chodzi o Ambuluwawę, to wstęp kosztował 300rupi – 6zł/os. Na wzgórze, na którym znajduje się budynek (nie licząc samej wieży) wychodzi się ok. 45min (3km). Można wziąć tuk-tuka, który zawiezie Was na górę, ale ceny zaczynają się od mocno wygórowanych: 3 tys rupii za 1 tuk-tuka, po negocjacjach do 1 tys. rupii – 20zł/ 1 tuk-tuka, a ostatecznie  i tak zdecydowaliśmy się iść na nogach (chcąc trochę utrzeć nosa tuk-tukarzom) i mimo pewnego wysiłku, odczuliśmy na samej górze ogromną satysfakcję z naszego wyboru (nie wszystko na łatwiznę, a co :)). Na samą wieżę wychodzi się już znacznie łatwiej, mimo że po krętych, wąskich schodach. Na szczycie jest bardzo wąsko, czasami trzeba iść bokiem, ale widoki rekompensują pewne niedogodności. Schodziło się już zdecydowanie łatwiej.

Po przyjeździe na miejsce ogarnęliśmy się w zakwaterowanym na 4 noce obiekcie Lazy Bear Lodge. Ze śniadaniami nocleg wyszedł nas 51$/noc – 35zł/os (za pokój płaciliśmy 70zł/noc/2os.). Pokoje duże, przestronne, czyste, ładne – w dość nowoczesnym stylu. Śniadania dobre, choć uboższe, niż te z pierwszego noclegu: 1 naleśnik, pasta z kokosa i curry, 4 małe kawałeczki arbuza i 2 małe kawałeczki ananasa, jakiś chlebek i kawa lub herbata. Plusem było samo miejsce – do centrum mieliśmy spacerkiem ok.10 min, a Ella to miejscowość z licznymi restauracjami/ barami, dużą liczbą turystów, gdzie wieczorem coś się „dzieje”. 

IV dzień – o godzinie 12.45 ruszyliśmy w stronę wodospadów Ravana i Diyaluma Falls wypożyczonymi skuterami, za które zapłaciliśmy 1200 rupii/1skuter – 24zł/cały dzień/2os. Chcieliśmy pojechać jeszcze do świątyni Buduruvagala, ale odległość przewyższyła nasze możliwości.

Do Diyaluma Falls jechaliśmy bardzo długo, dość trudną trasą. Po minięciu dwóch miasteczek dojechaliśmy do tea factory, następnie skręciliśmy w prawo i dotarliśmy do chłopców, którzy „ofiarowali” swoją pomoc w dostaniu się na szczyt wodospadu, gdzie były baseny. Droga jest dość skomplikowana i samemu ciężko tam dość, chyba że ma się dużo czasu, aby trochę pobłądzić. My wzięliśmy chłopaka za 16zł, a za „parking”, gdzie zostawiliśmy skutery zapłaciliśmy 4zł.

Generalnie widoki ładne, ale można się kąpać tylko w nielicznych basenach. Mam jednak wątpliwości, czy ta wycieczka była warta tak długiej podróży. Do Ella dotarliśmy dopiero na 19stą i poszliśmy coś zjeść do bardzo dobrej knajpki – Chill Cafe, gdzie oferowali bardzo dobre i urozmaicone jedzenie – polecam.

V dzień – ten dzień zaczęliśmy bardzo wcześnie, ponieważ z naszego domku wyszliśmy już o 5.45 na wschód słońca na Little Adam’s Peak. Spieszyliśmy się bardzo, bo podczas drogi zaczęło świtać dość mocno, ale ostatecznie na główny wschód słońca zdążyliśmy, choć gdyby ktoś tam chciał być jak zaczyna się rozjaśniać to musi wyjść co najmniej pół godziny wcześniej. Nasza trasa trwała ok.20-25min na nogach. Droga na początku lajtowa, później sporo schodów, a na końcu schody w postaci kamieni. W mojej ocenie lepiej wyjść jeszcze nieco wcześniej z domu i nie spieszyć się tak jak my (ponownie :)). Na samej górze spędziliśmy ok. 1h. Zdecydowanie warto było poświęcić się i wcześnie wstać dla tych widoków, zresztą zobaczcie sami na zdjęciach:

Następnie udaliśmy się na Nine Arch Bridge, gdzie po opadnięciu mgły zrobiliśmy masę zdjęć i na 9-tą byliśmy już w domu na śniadanku. Most też robi ogromne wrażenie, i z mgłą, i bez niej. Udało nam się zobaczyć też przejeżdżający pociąg na moście.

Popołudniu wynajęliśmy ponownie skutery (950rupii/skuter – 19zł/skuter/2os), aby pojechać do fabryki herbaty Halpe Factory, gdzie za wstęp zapłaciliśmy 540 rupii – 11zł/os. Wycieczki zaczynały się co 0,5h. Przewodnik opowiadał nam o procesie produkcji herbaty, wszystkich jej etapach i rodzajach. Następnie przeszliśmy przez całą fabrykę, w której unosił się przyjemny zapach świeżej herbaty i tam gdzie było to możliwe, przystawaliśmy, aby spojrzeć na pracę ludzi na produkcji. Spędziliśmy tam łącznie około 2h, już z zakupami pamiątkowymi w postaci małych herbat za 1$. Uważam tą wycieczkę za bardzo cenne doświadczenie.

Na kolację poszliśmy ponownie do Chill Cafe, a wieczorem do One Love na drinka, gdzie panował przyjemny, hipsterski klimat.

Dzień VI – o godzinie 6.39 mieliśmy pociąg do Haputale, który spóźnił się jakieś 15min, a cała podróż trwała 1h. Miała to być trasa widokowa przez pola herbaty, ale nic takiego nie było. Jedynie pod koniec trasy napotkaliśmy na nieco ładniejsze krajobrazy. Szoku doznaliśmy po wyjściu z pociągu, ponieważ było strasznie zimno (jak na dotychczasowe odczucia), wilgotno i zewsząd otaczała nas mgła. Jeżeli planujecie tam podróż o tak wczesnej porze, polecam zabrać ze sobą cieplejsze ubrania. My na chwilę schowaliśmy się w przydrożnym, lokalnym barze, gdzie napiliśmy się gorącej herbaty, a następnie wynajęliśmy dwa tuk-tuki, aby pojechać na plantację Lipton Seat. Trafił nam się super kierowca, który dużo nam tłumaczył i często zatrzymywał się, abyśmy mogli zrobić sobie zdjęcia. Dopiero w połowie drogi na szczyt wyszło słońce, przestał wiać wiatr i zrobiło się zdecydowanie cieplej. Za wejściówkę na pola Lipton Seat zapłaciliśmy 100rupii – 2zł/os, a za jednego tuk-tuka 1500rupii – 30zł, a podróż na samą górę trwała 45min. Bardzo polecam to miejsce – piękne, niecodzienne widoki. Po wycieczce poszliśmy coś zjeść, bo pociąg powrotny mieliśmy dopiero o 13.39, który finalnie przyjechał (dopiero) o 14.15.

W drodze powrotnej mieliśmy możliwość zrobienia instagramowych zdjęć z pociągu, ponieważ drzwi i okna były otwarte. Bilety na pociąg kupowaliśmy dzień wcześniej popołudniu za 500 i 600 rupii, czyli 10zł w jedną i 12 zł w drugą stronę/os. Po powrocie do Ella, poszliśmy na obiad do bardzo małej, ale pysznej knajpki Matey Hut. Jadłam tam – do tej pory – najlepsze kottu (w skład którego wchodzi roti, czyli pokrojone, jak makaron, ciasto z kurczakiem i warzywami – do wyboru różne opcje). Najlepiej smakuje z dodatkiem sosu curry, który jest często podawany do tej lokalnej potrawy. Musicie spróbować!

Dzień VII – o 8.30  rano przyjechał po nas kierowca i ruszyliśmy w stronę Mirissy, aby spędzić tam kolejne i ostatnie już 3 dni naszego pobytu na Sri Lance. Za busa zapłaciliśmy 12 500 rupii +450 rupii opłat za autostrady – 240zł/bus i 9zł opłaty, (ok. 50zł/os) a na miejscu byliśmy chwile po 12stej (namiary na busa mieliśmy z Facebookowej grupy Srilankowej). Nasz nocleg nazywał się Sun Ocean Inn – pokoje o podstawowym standardzie, z dobrymi śniadaniami. Za nocleg zapłaciliśmy 200$ – 800zł na 3 pokoje – 130zł/os, czyli 1 noc 44zł/os. Na plażę mieliśmy dosłownie dwie minuty na piechotę, wystarczyło przejść przez ulicę. Lokalizację uważam za bardzo dobrą, 1 km do Coconut Hill i 2 min (z plaży) do Parrot Rock. Na zachód słońca poszliśmy właśnie na Parrot Rock,  gdzie trzeba przejść kawałek w wodzie, ale o tej porze dnia była ona jedynie do pasa.

Dzień VIII – po śniadaniu pojechaliśmy autobusem na Silent Beach koło Tangalle. Zapłaciliśmy w 1 str. 800 rupii – 16zł na 5 osób czyli po 3,20zł/os za autobus i 600 rupii za 2 tuk-tuki – 2,40/os bezpośrednio na plażę z dworca. Plaża faktycznie spokojna i prawie bez turystów, jednak fale były tak duże, że ciężko było bezpiecznie wejść do wody. Z drodze powrotnej jechaliśmy busem spod plaży do Matary i stamtąd do Mirissy. Za całość zapłaciliśmy 600 rupii – 2,40/os. Wróciliśmy po zmroku.

Dzień IX – po śniadaniu wynajęliśmy skutery za 900 rupii – 18zł/skuter/cały dzień i pojechaliśmy do Dalawella Beach, a dokładniej na Wijaya Beach (obok Turtle Beach). Plaża była długa, ale dość wąska. Niemniej jednak żółwie, które faktycznie tam, były zrobiły na nas ogromne wrażenie. Pływały sobie dziko w wodzie po pas, a ludzie razem z nimi. Były ogromne i przepiękne. Po powrocie do Mirissy poszliśmy jeszcze za zachód słońca na Parrot Rock.

Dzień IX – rano przespacerowaliśmy się jeszcze raz na Parrot Rock i resztę czasu spędziliśmy na plaży, a na godz. 14stą mieliśmy umówionego kierowcę, który zawoził nas na lotnisko, skąd mieliśmy lot na Male o 20.20. Za kierowcę zapłaciliśmy 10tys rupii z opłatami drogowymi / 200zł czyli po 40zł/os.

               Sri Lanka zaskoczyła mnie bardzo pozytywnie, ponieważ nie spodziewałam się, że jest to tak różnorodny kraj – od morza, gór, pięknych świątyń, po rozległe pola herbaty, dzikie zwierzęta czy niesamowite krajobrazy. Do tego dochodziły bardzo niewielkie ceny, dzięki którym można zobaczyć więcej. Polecam każdemu ten kraj sam w sobie, albo z opcją Malediwów – bo to niepowtarzalne połączenie, za bardzo dobre pieniądze 🙂

Na Sri Lance wydaliśmy: ok.800zł/os za noclegi, transporty, zabytki/zwiedzanie (nie licząc lotów – bo to zawsze najdroższa kwestia oraz ubezpieczenie)

Dodam, iż najlepiej podróżować większą grupą (tj.4-6os.) ponieważ wtedy koszty będą mniejsze – już sam transport rozłoży się  na wszystkich. Na pewno drożej jest podróżować w parze, czy samemu.

Ceny jedzenia na Sri Lance i Malediwach to ok.20zł  za obiad czy kolację z napojem. Sami widzicie, że to bardzo się opłaca 🙂

Loty x4
(Warszawa-Doha-Sri Lanka
Male-Doha-Warszawa)
2300zł/os
Ubezpieczenie 61zł/os
Inne
(m.in karta SIM)
10zł/os
Noclegi 338zł/os
Atrakcje/zwiedzanie na miejscu 160zł/os
Transport/przemieszczanie się 300zł/os
SUMA 3168zł/os

Filmik z wyjazdu do obejrzenia na YT: https://youtu.be/Lclf2lB1tCg