Aby spełnić nasz własny American Dream polecieliśmy najpierw do Rzymu, za 30zł + 50zł (bagaż) = 80zł/os/1str (powrót za 50zł + 50zł bagaż = 100zł/os). Ponownie była to znacznie tańsza opcja, niż loty do USA z Polski (które i tak miały przesiadkę gdzieś w Europie). Bilet z Rzymu do Nowego Jorku kosztował nas 1037zł/os/2str (z bagażem podręcznym- kabinowym).
Cena ta była nieco niższa, ponieważ zarejestrowaliśmy się w programie lojalnościowym przewoźnika Tap Portugal – „miles-and-go”, i oszczędziliśmy koszt równowartości programowych 4000mil. Niestety nie pamiętam dokładnej ceny biletu sprzed obniżki, ale warto wykupić taką opcję, nawet na większą ilość mil (one później zostają na koncie), bo cena w przeliczeniu jest później niższa. Przy wyborze biletu jest napisane ile tych mil potrzeba i wtedy można kupić odpowiedni pakiet, a jeśli się nie da kupić tego konkretnego (u nas tak było), to trzeba kupić większy pakiet, bo i tak się to bardziej opłaca.
Z Nowego Jorku, po 3 dniach, mieliśmy lot wewnętrzny do Miami za 185zł/os (z bagażem podręcznym/kabinowym) linią American Airlines.
Początkowo nasz wyjazd leżał pod znakiem zapytania, ponieważ dzień wcześniej nad Nowym Jorkiem przeszła ogromna śnieżyca i anulowano wszystkie loty przychodzące do NY. Na szczęście dość szybko opanowano sytuację i bez żadnych opóźnień weszliśmy na pokład samolotu z międzylądowaniem z Lizbonie. Po przylocie do NY faktycznie śniegu było bardzo dużo, ale wszystko działało bez zarzutów.
W Nowym Jorku nocowaliśmy 3 doby w hotelu Holiday Inn Express na Times Square za ok. 105zł/os/noc ze śniadaniami w pokoju 2 osobowym. Pokój był o podstawowym standardzie, z dwoma ogromnymi łóżkami, tv i łazienką. Pokój dwuosobowy wzięliśmy celowo, ponieważ oglądając zdjęcia przy wyborze noclegu, wszędzie były 2 ogromne/małżeńskie łoża, więc stwierdziliśmy, że nie będziemy przepłacać i każda z par spokojnie wyśpi się na jednym takim łóżku. Okazało się, że był to świetny pomysł i przy kolejnym noclegu zastosowaliśmy ten sam patent. Początkowo było dość zimno, ale później udało się go jakoś zagrzać klimatyzacją. Lokalizacja wręcz doskonała, przy samym Times Square!
Pierwszego dnia, po śniadaniu, wyszliśmy z hotelu około 10tej i od razu ruszyliśmy w kierunku metra, aby dojechać za 2,75$/os do Whitehall Terminal, skąd odpływał darmowy (dla mieszkańców i nie tylko…:)) statek na wyspę Staten Island, przepływając po drodze obok Statuy Wolności. Statki kursują co 15 min miedzy 7:00 a 8:45, a w pozostałych godzinach co 30min. Czas trwania rejsu ( w 2str) to ok. 30min. Normalnie za taką wycieczkę musielibyśmy zapłacić około 30$, a tu mieliśmy wszystko za free. Na pomnik nie chcieliśmy wchodzić, bo stwierdziliśmy, że najlepszy widok to ten „na” Statuę, a nie „ze” Statuy. Wróciliśmy w taki sam sposób, jak w pierwszą stronę. Następnie poszliśmy do the Battery czyli 1-cio hektarowego parku miejskiego, położonego na południowym krańcu wyspy Manhattan, skąd rozpościerał się widok na Statuę, ale z już dużo większej odległości. Dalej na Wall Street i pod słynnego byka Charging Bull. Kolejnym punktem były The World Trade Center, gdzie w miejscu dawnych budynków stoją dwa ogromne pomniki z fontanną, która wpada jakby w głąb ziemi, a po bokach są wypisane nazwiska zmarłych osób, upamiętniające katastrofę, zaś nowe budynki zbudowane są nieco dalej. Jest to bardzo poruszające miejsce… Po chwili zadumy i kawie w Starbuck’sie skierowaliśmy się na Brooklyn Bridge, który zrobił na mnie ogromne wrażenie za sprawą swojej wielkości (mierzy ponad 1,8 km długości) oraz pięknych widoków na panoramę miasta z różnych jego stron. Jest to jeden z najstarszych wiszących mostów na świecie. Łączy nowojorskie dzielnice: Brooklyn i Manhattan. Mostem udaliśmy się do dzielnicy Dumbo, gdzie zza wieżowców pięknie wyłaniał się Manhattan Bridge. Dalej pospacerowaliśmy po Chinatown, zrobiliśmy sobie przerwę na chiński obiad, później po dzielnicy Soho, do której można przyjechać na zakupy (nic interesującego dla mnie tam nie było), a już na końcu na Times Square, podziwiając kolorowo oświetlone bilbordy, gdziekolwiek się nie spojrzało. Ten wielki plac znajduje się na skrzyżowaniu ulic Broadway i Siódmej Alei. Trasę powrotną przeszliśmy na nogach (ok. 3,15h – bez przystanków), ponieważ plan na ten dzień zakładał atrakcje znajdujące się blisko siebie. Wracając wieczorem do hotelu przeszliśmy jeszcze przez 5th Avenue, czyli nowojorską piątą aleję, gdzie znajduje się mnóstwo luksusowych i bardzo drogich sklepów oraz salonów słynnych projektantów mody. Na 5th Avenue można podziwiać piękne witryny sklepowe i poczuć klimat „bogactwa”.
W drugi dzień, zwiedzanie rozpoczęliśmy od Flatiron Building – budynek „żelazko”, który był w remoncie i nie reprezentował sobą nic szczególnego (na szczęście znajdował po drodze, wiec nie musieliśmy do niego podchodzić celowo). Następnie poszliśmy na Little Island – małą wysepkę w centrum miasta, której konstrukcja przypominała białe szpilki, a dokładniej to park kieszonkowy sztucznie utworzony nad rzeką Hudson. Daje on jakby początek modernistycznej dzielnicy, bowiem dalej rozpoczyna się High Line Park – czyli park mający 1,6 km na starym wiadukcie kolejowym zawieszony parę metrów nad ziemią, oferując ciekawe widoki na miasto, miejsce spotkań mieszkańców oraz turystów, czy też nowoczesną trasę spacerową lub biegową, otoczoną zielenią. Na końcu tej trasy znajduje się interesujący, modernistycznie zaprojektowany budynek, a zarazem wertykalna trasa spacerowa, gdzie końcowym etapem jest punkt widokowy – The Vessel. Nie wchodziliśmy do środka, ponieważ w planach były inne punkty widokowe, ale budynek, który mi osobiście przypominał szyszkę, robi wrażenie. Tutaj zrobiliśmy sobie przerwę na obiad, a następnie poszliśmy na Rockefeller Center, gdzie znajduje się punkt widokowy – Top of the Rock, na wysokości 260m, z kolei tarasy widokowe są ulokowane między 67 a 70-tym, ostatnim piętrem wieżowca. Widok z niego obejmuje całą panoramę Manhattanu wraz z Empire State Building mającym 440m wysokości (tam również znajduje się punkt widokowy) jest zjawiskowy, niesamowity i zdecydowanie warty zobaczenia. Na mnie zrobiło to ogromne wrażenie. Od godziny 14:55 sprzedaż biletów jest droższa o 10$, z uwagi na zbliżający się zachód słońca, co niewątpliwie dodaje uroku i chyba jest warte dodatkowych dolarów. Sami się o tym przekonaliśmy, bo wchodziliśmy parę minut po 15stej i cena faktycznie była już podniesiona. Za wstęp zapłaciliśmy 108$/2os (w tym 4$ podatku) = ok. 220zł/os. Był to tak naprawdę jedyny większy wydatek, jaki ponieśliśmy do tej pory, ponieważ zwiedzając miasto nie wydawaliśmy żadnych pieniążków na wstępy itd. (oprócz biletu na metro w pierwszy dzień). Zwiedzaliśmy miasto pieszo, a pozostałe atrakcje były albo darmowe, albo robiliśmy tak, żeby darmowe były 🙂 Na sam koniec udaliśmy się jeszcze na Grand Central Terminal, potocznie nazywany Grand Central Station, czyli dworzec kolei podmiejskich, położony przy 42nd Street i Park Avenue, co czyni go także miejscem wielu spotkań towarzyskich. Jest to olbrzymi gmach znany z wielu filmów i polecam go zobaczyć na żywo.
3 dzień – w ostatnim dniu krótkiego pobytu w NY poszliśmy na spacer po Central Parku – czyli „płucach” Nowego Jorku. Jest to największy park, nie tylko w NY, ale także w całych Stanach, ma bowiem 750 akrów (czyli aż 341ha). Znajduje się tam pomnik króla Władysława Jagiełły, ale niestety do niego nie doszliśmy, ponieważ w połowie drogie musieliśmy zawrócić z powodu braku czasu i wracaliśmy już metrem za 2,75$/os. Niemniej jednak warto było się przejść śladami filmowego Kevina 🙂
O godzinie 16stej w tym dniu mieliśmy lot do Miami, który trwał 2,40h. Do lotniska La Guardia jechaliśmy metrem za 2,75$/os do stacji Roosevelt Ave, a później autobusem Q70, który dojeżdżał już bezpośrednio do lotniska. Co ciekawe, przejazd autobusem był bezpłatny, o ile kartę MetroCard, którą mieliśmy na metro w Nowym Jorku wymieniło się w tutejszym automacie na darmowy przejazd. Na potwierdzenie wychodził paragon. Generalnie kartę MetroCard obowiązującą w Nowym Jorku kupowało się za 2,75$ i był to nasz jednorazowy bilet na metro, który można było doładować w każdej chwili lub wybrać opcję na 7 lub 30 dni, co zapewne opłacało się bardziej u osób będących w mieście dłużej lub korzystających z metra częściej. My jechaliśmy raptem parę razy.
Już w Miami, aby dostać się do naszego hotelu, musieliśmy z lotniska pojechać szybką kolejką „The Mia Mover” za 2.25$/os na Central Station i stamtąd autobusem 150 do Miami Beach (bilet kupiliśmy na stacji w automacie również za2,25$/os).
Po zameldowaniu się w hotelu Water Side Hotel North Miami Beach za ok. 150zł/os bez śniadań, również w pokoju 4 osobowym = ok. 617zł/os/4dni, poszliśmy na miasto coś zjeść. Niedaleko nas znajdowała się przepyszna knajpka Burgers & Shakes, gdzie podawali znakomite burgery w dobrych cenach (ok 8-10 $). Tak nam się tam spodobało, że byliśmy stałymi bywalcami przez 4 następne dni 🙂
4 dzień – w pierwszym, pełnym dniu w Miami, koło południa poszliśmy na plażę oddaloną jakieś 5min pieszo od noclegu, aby odpocząć po intensywnym zwiedzaniu w NY i ogrzać się nieco. Popołudniu wypożyczyliśmy sobie rowery z City Bike za 7,50$/h i dojechaliśmy nimi do Ocean Drive – miejsca, które przyciąga fanów życia nocnego, przez bardzo fajną, nadmorską promenadę. W Ocean Drive spędziliśmy wieczór zwiedzając okolice, m.in.: Villę Versace (z zewnątrz) – jedno z najczęściej fotografowanych miejsc w tej dzielnicy, Art Deco – z charakterystycznymi pastelowymi budynkami oraz Lummus Park. Bulwar tworzy fajny, kolorowy, ale nie kiczowaty, nowoczesny klimat, gdzie mówiąc potocznie: „czuć piniondz” 🙂 Ceny w knajpach przy Ocean Drive zwalały z nóg, więc na kolację wróciliśmy do North Beach do naszej ulubionej burgerowni na kanapkę z kurczakiem, awokado, rukolą, jajkiem i boczkiem za niecałe 9$/os. Do noclegu wracaliśmy darmowym busem – Miami Beach Trolleybus.
5 dzień – w tym dniu również udaliśmy na plażę, ale nieco dalej bo na South Beach, znajdujące się obok Ocean Drive, czyli miejscu, gdzie kwitnie życie nocne. Samo South Beach słynie z kolorowych budek ratowników, przy których warto zrobić sobie pamiątkowe zdjęcie. Zagrały w wielu produkcjach filmowych np. w serialu „Miami Vice”. Pojechaliśmy tam wypożyczonymi rowerami za 5,5$/0,5h. Popołudniu udaliśmy się do centrum Miami (generalnie wszystkie połączenia komunikacyjne można sprawdzić na google maps i całkiem dobrze się to sprawdza). Najpierw poszliśmy do Wynwood – dzielnicy murali naściennych, znajdujących się pod gołym niebem, które są rozmieszczone na bardzo dużym obszarze, więc jeśli chcecie tu spędzić więcej czasu, a nie tylko „przelecieć” na szybko, to możecie tu przyjechać nawet na cały dzień. Nam oczywiście zabrakło czasu na wszystkie atrakcje. Następnie podjechaliśmy do jednej ze stacji Metromover, które znajdują się m.in. przy popularnym parku Bayfront Park (stacja Bayfront Park) i skrzyżowaniu Miami Avenue z 1st Street (stacja Miami Avenue) czy niedaleko mariny i Baywalk Path (stacja Park West). A jest to nic innego, jak bezpłatna, bezzałogowa kolej magnetyczna z przeszklonymi wagonikami, która podczas 11-minutowej trasy Downtown Loop zabiera na wycieczkę po centrum miasta. Kolejka kursuje co kilka minut, a najlepsze widoki gwarantują miejsca w pierwszym wagoniku. Dojechaliśmy do stacji Government i stamtąd autobusem 120 do Miami Beach za 2,25$/os. Niestety zrobiło się już ciemno i nie udało nam się zwiedzić Little Havana, z największą latynoską aleją gwiazd, która również była na naszej liście. W tym dniu kupiliśmy jeszcze bilety do Kennedy Space Center i zarezerwowaliśmy auto przez Booking w OC Car Rental na kolejny dzień.
6 dzień – z samego rana ruszyliśmy na lotnisko po auto (Toyota Corolla), za którą zapłaciliśmy 90$ (z podatkiem i pełnym ubezpieczeniem). Niestety, aby odebrać auto czekaliśmy najpierw 0,5h na otwarcie biura, a następnie pozostałe formalności trwały dość długo i finalnie wyjechaliśmy około 1h później. Droga do NASY trwała ok. 3h/1str, przejeżdżaliśmy obok Bagien Everglades, na których terenie utworzono jeden z trzech Parków Narodowych na Florydzie (są wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa Kulturalnego i Przyrodniczego UNESCO). To prawdziwy raj dla miłośników natury.
Bilet do Kennedy Space Center kupiliśmy przez Internet dzień wcześniej za 63$ z podatkami. Do tego trzeba było doliczyć paliwo i opłaty drogowe (których kosztów niestety nie pamiętam).
Samo miejsce jest wyjątkowe i polecam je odwiedzić każdemu, kto będzie w pobliżu. Najlepiej przyjechać z samego rana (na otwarcie) i zostać do samego zamknięcia obiektu, ponieważ obszar do przejścia jest naprawdę ogromny (500 km kwadratowych). My nie skorzystaliśmy ze wszystkich atrakcji, bo zabrakło nam czasu (ale i tak byliśmy tam 4h i najważniejsze dla nas atrakcje udało się zrealizować). Przy wejściu najlepiej poprosić o mapę całego obiektu, aby pozaznaczać sobie najważniejsze punkty i nie tracić czasu na błądzenie. Na wstępnie polecam też zapisać się na autobus, który dowozi do hali z Apollo/ Saturn V, czyli domu największej amerykańskiej rakiety, jaka kiedykolwiek poleciała w kosmos (ma 110m wysokości, 10m średnicy i waży 300ton). Po wejściu do budynku najpierw wyświetlany jest film, dalej przechodzimy do dokładnej repliki sali kontrolnej, w której kierowano misjami księżycowymi. Obejrzeć tu możemy trójwymiarową symulację wystrzeliwania rakiety Saturn V. Po zakończeniu symulacji otwierają się drzwi hangaru i naszym oczom ukazuje się sama rakieta Saturn V w pełnej okazałości, którą ciężko pomieścić w obiektywie aparatu. Po opuszczeniu pawilonu z Apollo, co chwila odjeżdżają autobusy do punktu startowego, skąd blisko jest do pawilonu z promem kosmicznym Atlantis oraz symulatorem lotów wahadłowych, gdzie można poczuć przez chwilę co odczuwali ówcześni astronauci podczas startu promu kosmicznego, czyli hałas, telepanie, przekręcanie, a potem otwiera się dach i jesteśmy w kosmosie – czyli widzimy to, co widywali astronauci podróżujący wahadłowcami. Bardzo ciekawe doświadczenie, polecam każdemu, kto nie ma problemów ze zdrowiem. Przy wejściu do pawilonu jest prawdziwy, pomalowany na pomarańczowo zbiornik na paliwo (używany jeszcze w 2011r), wykorzystywany przy startach wahadłowców. Oprócz wycieczki autobusem oraz pawilonu ze zbiornikiem paliwa należy zobaczyć jeszcze pawilon poświęcony astronautom, który znajduje się po lewej stronie od wejścia, pawilon natura i technologia – po prawej stronie od głównego wejścia, kino IMAX oraz Rocket Garden, znajdujący się na wolnym powietrzu i jak nazwa wskazuje, składający się z rakiet kosmicznych zamiast drzew. Były one używane podczas wynoszenia satelitów na orbitę ziemską lub podczas wystrzeliwania promów w kosmos.
Dodatkową kwestią, którą warto poruszyć jest temperatura, znacznie różniąca się od tej w Miami. Do Przylądka Canaveral jest około 400km i było tutaj zdecydowanie chłodniej niż w Miami, może nie zawsze tak jest, ale my tak nieszczęśliwie trafiliśmy. Ubrani „na letniaka” zamarzaliśmy tam z zimna gdyż było zaledwie 15°C, a dodatkowo padał przelotny deszcz i wiał wiatr.
Drogę powrotną spędziliśmy w deszczu, a trochę spieszyliśmy się, aby oddać wypożyczone auto przed 21:00, bowiem o tej godzinie była zamykana wypożyczalnia. Na miejscu byliśmy o 21:03, ale udało się. Dzień zaliczamy do jak najbardziej udanych i imponujących.
7,8,9 dzień – na statku.
w niedzielę rano spakowaliśmy walizki i poszliśmy na szybki, ostatni spacer po Miami, zahaczając o pobliskie sklepy z pamiątkami (czyt. magnesami), a około południa ruszyliśmy w stronę Miamskiego portu, skąd odpływał nasz wycieczkowiec Carnival, zabierając nas na 6-cio dniowy rejsu po Karaibach 🙂 Rejs kupiliśmy w Polsce, bezpośrednio na stronie Carnivala za 413$/os (kupuje się kajutę na odpowiednią ilość osób), co z podatkami i innymi opłatami wyniosło niecałe 1700zł za osobę z pełnym wyżywieniem All Inclusive i podstawowymi napojami (kawa, herbata, soki z automatu, woda), dodatkowo płatne były tyko alkohole, na które można było wykupić sobie indywidualny pakiet (ale tylko pierwszego i może drugiego dnia rejsu). Taki statek to nasze pierwsze doświadczenie i mam nadzieję, że nie ostatnie. Po wejściu na pokład i ujrzeniu bogato zdobionego wnętrza, przeszklonych wind, chodzących kelnerów z drinkami i orkiestry na żywo – czułam się jak na Titanicu 🙂 Statek był ogromny i było na nim dosłownie wszystko; codziennie spektakle teatralne lub komediowe, muzyka na żywo, aqua park, jaccuzzi (kilka), boisko do siatkówki, koszykówki, pole golfowe, siłownia, salon SPA, mnóstwo różnorodnego jedzenia o każdej porze, kolacje a’la carta (w cenie), codziennie sprzątane pokoje i wiele, wiele więcej. Cały pozostały czas w tym dniu spędziliśmy na zwiedzaniu tego 13-sto piętrowego wycieczkowca i poznawaniu wszystkich jego atrakcji. Na wejściu ściągało się specjalną aplikację, która pokazywała atrakcje zaplanowane na dany dzień, co serwuje wybrana restauracja każdego dnia i np. saldo karty (jeśli się ją ładowało, np. na alkohole).
Nasz pokój/kajuta był bez okna, dzięki czemu pokój był tańszy, ale nie przeszkadzało nam to w niczym, ponieważ w zasadzie i tak tylko tam spaliśmy. Wszystko było doskonale urządzone na tak małej przestrzeni, łazienka i pokój nie pozostawiały nic do życzenia. Było dużo szafek, półek i przestronna szafa, gdzie można było ulokować swoje większe rzeczy, czy ubrania.
Na pierwszą wyspę płynęliśmy półtorej dnia (2 noce), ale czas ten zleciał nam bardzo szybko, bo na takim statku nie da się nudzić. Gdy już dotarliśmy do pierwszego miejsca na Bahamach – Princess Cays, statek zatrzymywał się w pewnej odległości od brzegu i podstawionymi łódkami dopływaliśmy do portu. Kolor wody był zniewalający, a kolorowe domki i palmy wzdłuż plaży oddawały niesamowity charakter Bahamów. Wyspa ta była prywatną organizatora rejsu, a więc żadna inna wycieczka (poza Carnivalem) nie mogła tam się zatrzymać. Na plaży zorganizowano jedzenie w formie bufetu i podstawowe napoje (wszystko w cenie). Firma organizowała także wycieczki fakultatywne (do pobliskich wiosek np. Rock Sound lub wioskę rybacką Tarpum Bay albo nieco bardziej ekstremalną formę aktywności – Dune Buggy) , ale nam podobało się tam tak bardzo, że postanowiliśmy zostać, korzystać z uroków Bahamów i odpocząć na bezpłatnych leżakach. Były również dobre warunki do snurkowania, więc jeśli ktoś miał sprzęt, to można było pokorzystać. Spędziliśmy tam około 7h (od 8 do 15stej).
10 dzień (4-ty dzień na statku) – około godziny 11:00 dopłynęliśmy do kolejnego punktu – Grand Turk, należącym do brytyjskiego terytorium zależnego Turks i Caicos. Statek zatrzymał się nieopodal plaży, gdzie murowanym pomostem dochodziło się do miasteczka i na brzeg. Tutaj kolor wody również zwalał z nóg. W miasteczku dostępne były również baseny. Ludzi było zdecydowanie więcej i nie tak łatwo było już o leżak, jak na poprzedniej wyspie. Jedzenia i picia nie było w cenie na wyspie, ale jeśli ktoś zgłodniał, można było wrócić na statek i uzupełnić zapasy 🙂 Na tej wyspie byliśmy do godziny 17stej (czyli około 6h) i czas nam minął głównie na plażowaniu i spacerach. Dodam, iż woda w oceanie była bardzo przyjemna. Dodatkową atrakcją na wyspie, dla chętnych, było m.in. zwiedzenie Plaży Gubernatora – przepięknej, dziewiczej plaży, na której leży wrak statku, wyrzucony na brzeg podczas huraganu Sandy w 2012 roku. Na plażę tą jednak podobno dość ciężko było się dostać. Można zobaczyć także Latarnię morską Grand Turk, Muzeum Narodowe Turks i Caicos oraz stare więzienie Jej Królewskiej Mości, jak również historyczne miasto Cockburn. Ciekawostką jest to, że 20.02.1962 wylądowała tutaj załoga statku kosmicznego ze swojej podróży na Księżyc i na upamiętnienie tego zdarzenia postawiono pomnik w miasteczku.
11 dzień (5-ty dzień na statku) – w ten dzień około godziny 10:00 dopłynęliśmy do Amber Cove Dominikanie. Miejscowość Puerto Plata położona na północnej części wyspy została po raz pierwszy odkryta przez Krzysztofa Kolumba w latach 90 XIV w. Miasto, zaprojektowane przez Kolumba, było pierwszą osadą założoną w obu Amerykach, nazwaną „La Isabela”.
W porcie znajdowały się sklepy i stragany (podobnie jak na poprzednich wyspach), a także baseny, ponieważ dostępu do plaży tutaj nie było, a woda w porcie tym razem pozostawiała wiele do życzenia…
Spodziewaliśmy się tego, więc niewiele myśląc udaliśmy się poza port, aby złapać taksówkę do pobliskich wodospadów Damajagua. Dla porównania, cena wycieczki ze statku wynosiła 139$/os, a my zapłaciliśmy 30$/os 🙂 W porcie za samą taksówkę chcieli 100$, nieco dalej już 70$, a i tak wytargowaliśmy więcej, ale ostateczniej ceny nie pamiętam. Za wstęp na obszar parku + szafkę na rzeczy osobiste + wypożyczone, pełne buty do wody, też zapłaciliśmy parę dolców, ale finalnie całość wyniosła nas ok 30$. Od portu do wodospadów jedzie się około 30min/1str, a na miejscu, idzie się kawałek przez las, cały czas z przewodnikiem w kasku i kapoku. Wycieczka ogólnie fajna, dla osób niebojących się wody. Ja byłam przerażona i gdybym wiedziała, co czeka mnie na miejscu, że trzeba wspinać po wodospadach, a później z nich zjeżdżać, to na pewno bym się na to nie zdecydowała. Były też 2 lub 3 miejsca do skakania do wody – atrakcja dla osób lubiących adrenalinę. Ja jakoś przeżyłam samą rzekę i te nieszczęsne (dla mnie) wodospady, ale bardzo pomagał mi nasz przewodnik, bez którego nie dałabym rady. Łącznie spędziliśmy tam 2h + 1h na dojazd w dwie str.
Uważam, że będąc w Amber Cave koniecznie trzeba opuścić port; bo nic tam nie ma i pojechać w głąb wyspy (niekoniecznie na wodospady, są też inne opcje, chyba, że chcecie 🙂 moim przyjaciołom bardzo się podobała ta atrakcja). Innymi atrakcjami w miasteczku mogą być: Muzeum Bursztynu lub fabryki Brugal Rum, Fortu San Felipe, lub Sky Bar – 60-metrowe granitowe wzgórze oferujące piękne widoki na zatokę.
12 dzień – ostatni – szósty dzień na statku, minął pod znakiem opalania się i korzystania z ostatnich godzin atrakcji.
13 dzień – opuściliśmy statek o godzinie 9:00 i udaliśmy się w drogę powrotną do domu: lot z Miami do Lizbony startował o godzinie 16stej, następnie krótka przesiadka (godzina, półtorej) i lot do Rzymu. Tam dotarliśmy kolejnego dnia (po zmianie czasu) i o 20:45 mieliśmy powrotny lot do Polski.
Cała wycieczka była fantastycznym doświadczeniem.
Nowy Jork zauroczył mnie bardzo, mimo iż nadgryziony jest już zębem czasu, to panuje tam niepowtarzalny klimat i urok. Jest to miasto, które oferuje mnóstwo wrażeń i przepięknych zabytków, znanych do tej pory tylko z filmów lub pocztówek. Polecam wybrać się na Top of the Rock, bo to miniatura Nowego Jorku widoczna na wyciągnięcie ręki, a widoki są powalające.
Jeżeli chodzi o Miami to jest to kolorowe miasto, gdzie latynoskie dzielnice tętnią życiem, a deptaki są pełne spragnionych turystów słońca. Najsłynniejsze miejsce w „Słonecznym Stanie”, czyli na Florydzie, zachwyca różnorodnością, wspaniałymi atrakcjami oraz karaibskim słońcem i rajskimi plażami. Jedynym punktem, które na pewno bym odwiedziła, będąc tam ponownie, byłoby Key West i most Seven Miles Brigde, a także Southernmost Point czyli najbardziej wysunięty punkt na południe kontynentalnych Stanów Zjednoczonych oraz latarnia Key West, z którego rozciąga się wspaniały widok na cały archipelag. Jednakże wybraliśmy kierunek NASY, którego oczywiście nie żałuję.
Sam rejs był niezwykły. Nigdy nie sądziłam, że taki spokojny styl podróżowania spodoba mi się tak bardzo, że będę chciała tam kiedyś wrócić – w tym przypadku tak się stało i mam nadzieje, że za jakiś czas znowu wsiądę na pokład tak ogromnego wycieczkowca i pozwiedzam nieznane dotąd zakątki Świata:)
| Loty (łącznie 5) | 1402zł |
| Noclegi (Nowy Jork, Miami) | 932zł |
| Rejs statkiem | 1700zł |
| Wiza | 56zł |
| Ubezpieczenie | 200zł |
| Bilet na Top of the Rock | 220zł |
| Bilet do NASA | 250zł |
| Wodospady – Dominikana | 120zł |
| Samochód Floryda (z paliwem i opłatami drogowymi) | 110zł |
| Rower (2x w Miami) | 50zł |
| Transport publiczny (Nowy Jork, Miami) | 60zł |
| SUMA | 5100zł |
*kosztorys nie uwzględnia kosztów wymiany/jedzenia