Grecja

KRETA

              Kreta należy do najpopularniejszych miejsc turystycznych w basenie Morza Śródziemnego pewnie dlatego, że posiada wszystko, co przyciąga odwiedzających: gwarantowaną pogodę, piękne plaże, różnorodność krajobrazów, wspaniałe zabytki, gościnnych mieszkańców oraz przepyszne jedzenie. Czegóż chcieć więcej? 🙂

Dosyć długo szukaliśmy lotów w dobrej cenie i ostatecznie kupiliśmy je za 680zł/2str/2os z bagażem 20kg (340zł/os/2str), ponieważ taniej nie udało nam się znaleźć, a ja uparłam się na tą Kretę i koniec kropka 🙂 Na wyspie spędziliśmy 13 dni – 9 nocy w Agia Marina i 3 noce w Heraklionie. Lot do Chanii mieliśmy z Wrocławia (opóźniony ok. 1,5h), dlatego też na miejsce dotarliśmy dopiero około godz. 23 (lokalnego czasu +1h). Po odebraniu bagażu poszliśmy po samochód, zarezerwowany parę dni wcześniej przez Internet z lokalnej wypożyczalni Exer, znajdującej się pareset metrów od lotniska. Za auto – Toyotę Aygo – na cały pobyt zapłaciliśmy 300e z pełnym ubezpieczeniem, bez wkładu własnego (ubezpieczenie nie obejmowało standardowo podwozia i lusterek oraz jazdy drogami szutrowymi, w tym oczywiście na Balos). Z lotniska jechaliśmy ok. 30min do naszego noclegu w Agia Marina – „Manos Beachside Apartments”, za który zapłaciliśmy łącznie 335e=1507zł/pokój 2 os (753,50zł/os). Pokój był bardzo ładny, czysty, codziennie sprzątany (czego nie doświadczyliśmy nigdy wcześniej w prywatnym zakwaterowaniu), z małym aneksem kuchennym i łazienką, a także balkonem z widokiem na morze. Do plaży mieliśmy może 2 min spacerkiem i tyle samo do głównej ulicy, wokół której toczy się życie w miasteczku. Mogę śmiało polecić ten nocleg, zarówno z uwagi na koszt, standard, jak i lokalizację.

Nazajutrz rano pojechaliśmy do Lidla na zakupy (ok. 6min drogi autem, w miejscowości Platanias), a po śniadaniu udaliśmy się na pobliską plażę. W plażowych barach, czy restauracjach jest możliwość wypożyczenia leżaka z parasolem, bez opłat, w zamian za złożenie jakiegokolwiek zamówienia i kilka razy skorzystaliśmy z tej możliwości. Popołudniu poszliśmy na spacer po lokalnych stoiskach oraz na wzgórze, gdzie wznosił się kościół, od którego pochodzi nazwa miejscowości Agia Marina. Naprzeciwko nadmorskiego kurortu leży skalista wysepka Theodorou, słynąca z bogatej historii i legendarnej przeszłości. Charakterystyczne są dla niej kozły górskie Kri-Kri (gatunek zagrożony), które znalazły tam dom. Jak się okazało później, kozy opanowały całą wyspę 🙂 Schodząc ze wzgórza napotkaliśmy znaną i dobrze ocenianą tawernę Manolis Agios Theodori, która serwowała pyszne jedzonko i tam zjedliśmy naszą pierwszą obiadokolację na wyspie.

We wtorek (drugi pełny dzień) ponownie poszliśmy na „naszą” plażę, a popołudniu pojechaliśmy do Chanii – nazywanej również małą Wenecją – bardzo pięknego miasteczka tętniącego życiem przez długą część roku. Samochód zostawiliśmy nieopodal murów miejskich i zwiedzanie rozpoczęliśmy właśnie od nich. Następnie starym miastem przeszliśmy przez dzielnicę Evraiki i Topanas, skąd rozpościerał się widok na latarnię morską, znajdującą się na cyplu po przeciwnej stronie. Aby tam dotrzeć trzeba było przejść przez piękną starówkę, Port Wenecki, na którym znajdował się charakterystyczny Meczet Janczarów, czyli najstarszy budynek osmański na Krecie, a także dawne stocznie weneckie, które obecnie służą jako miejsca kulturalne. Po zobaczeniu tych miejsc i zabytków doszliśmy do cypla, na końcu którego znajdowała się wspomniana wcześniej  egipska latarnia morska Faros. W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się w porcie w restauracji Plateia na bardzo dobrym obiedzie. Dalej poszliśmy jeszcze na punkt widokowy, z którego rozpościerał się widok na cały port, a następnie przeszliśmy obok Katedry Ofiarowania NMP, a także pobliskiego Kościoła św. Mikołaja – warto tutaj zwrócić uwagę na wieże, jedna z nich to chrześcijańska dzwonnica, druga zaś była niegdyś minaretem. W drodze powrotnej przeszliśmy jeszcze obok Hali Targowej, która obecnie była w remoncie, ale z zewnątrz wyglądała bardzo interesująco i nowocześnie, jak na miejsce zakupowe.

W kolejnym dniu (środa) po śniadaniu pojechaliśmy na Półwysep Akrotiri, zatrzymując się najpierw przy pięknym Monastyrze Agia Triada – największym w tej części wyspy, usytuowanym wśród gajów oliwnych i winnic. Niegdyś był bardzo ważnym i bogatym kompleksem, dziś mieszka w nim zaledwie paru mnichów, którzy kultywują wielowiekowe tradycje, wytwarzając ekologiczną oliwę i doskonałe wino. Aby móc wejść do klasztoru należy pamiętać o odpowiednim stroju (zasłonięte ramiona i kolana). Jeśli nie ma się odpowiedniego ubrania, na miejscu można darmowo wypożyczyć chustę i się obwiązać. Jeżeli chodzi o wstęp do Monastyru to zdania są podzielone. Niektórzy piszą, że wejście jest zupełnie darmowe, inni że trzeba zapłacić 5e/os, jeszcze inni, że 2,50e/os. Nie wiem jak jest naprawdę, ale my zapłaciliśmy 3e za 2 os. Cały zewnętrzy obiekt jest bogato zdobiony przez kwiaty i inne zadbane rośliny. Jest pięknie i kolorowo. Po prawej stronie od wejścia są schody prowadzące na punkt z którego roztacza się cudowny widok na cały kompleks. Środek klasztoru jest dostępny dla zwiedzających, podobno nie można tam tylko robić zdjęć, ale my żadnego zakazu nie widzieliśmy. Następnie pojechaliśmy do kolejnego punktu – Klasztoru Gouverneto, gdzie za wstęp do parku płaciliśmy 2,5e/os, też nie wiem czy słusznie, ale przynajmniej tutaj dostaliśmy jakieś bilety. Nogi oczywiście również musiały być zasłonięte, mimo iż w ten dzień Monastyr był zamknięty, a dodatkowo odbywał się tam remont i praktycznie cały był w rusztowaniach. Nie zatrzymując się przy nim ani chwili, przeszliśmy przez bramę, skąd rozpoczynał się szlak prowadzący na kraniec malowniczego wąwozu, kończącego się nad samym morzem. My nie schodziliśmy na sam dół, ale po ok. 10min drogi doszliśmy do Jaskini Niedźwiedziej, a po kolejnych 20min do ruin Klasztoru Katholiko, ukrytego tajemniczo wśród gór. To prawdopodobnie najstarszy i najbardziej spektakularnie położony klasztor na Krecie, a dotrzeć do niego można jedynie pieszo, gdyż droga dla samochodów kończy się na parkingu przed Klasztorem Gouverneto. Trasa do ruin jest bardzo malownicza i prowadzi w dół, gorzej jest w drugą stronę, ale na szczęście nie jest to ekstremalnie długi odcinek, więc nie ma większego problemu, warto jednak zaopatrzyć się w wodę i okrycie głowy.
Ostatnim już punktem zwiedzania tego dnia była Zatoka Szatana, czyli Seitan Limania. Zjazd autem na parking jest dosyć stromy i do pokonania jest około 6-8 dużych serpentyn. Po zostawieniu samochodu na szutrowym parkingu schodzi się na nogach,  droga wiedzie przez skały, ale na szczęście nie jest długa. Jedyną przeszkodą są kozy, które często urządzają sobie na tych właśnie skałach walki i trzeba uważać na spadające z góry kamienie… Pamiętać należy również o pełnych butach! Trud zejścia wynagradza widok na zatokę, gdzie ochoczo spacerują oswojone z obecnością człowieka kozy, szukające pożywienia wśród turystów. Zatoka jest bardzo malownicza i imponująca. Po dłuższym odpoczynku na żwirkowej plaży ruszyliśmy w drogę powrotną. Już tradycyjnie, wieczorem poszliśmy na kolację, tym razem do Horiatiko, gdzie podawali ogromne porcje pysznego jedzenia.

Czwartek rozpoczęliśmy ponownie od plażowania, korzystając z leżaków i parasola, dostępnych w lokalnym, hotelowym beach barze. Popołudniu udaliśmy się  do Maleme, zobaczyć niemiecki cmentarz wojenny, a na kolację tym razem do Lotossu w Agia Marina.

W piątek z samego rana (ok. 8:00) pojechaliśmy na Elafonnisi Beach – droga trwała ok. 1,5h. Akurat w tym dniu od rana niebo było pokryte chmurami i początkowe 2-3 godziny na plaży nie ukazywały całego piękna laguny. Dopiero, gdy się rozpogodziło, woda nabrała cudownego błękitnego koloru i widok na lagunę był imponujący. Przed południem woda w morzu była dość zimna, dopiero później i szczególnie na powstałych płyciznach, mocniej się nagrzała. My początkowo usytuowaliśmy się za wydmami, ponieważ było tam spokojniej, znacznie mniej turystów, piasek był delikatniejszy i suchy, a kolor wody znacznie ładniejszy, niż w głównej części laguny. Popołudniu, kiedy ludzi było już mniej, przenieśliśmy się jeszcze na plażę główną. Jeśli chodzi o „infrastrukturę” plaży, to jest ona dość dobrze zorganizowana (WC, bary, przebieralnie, prysznice), choć czasem trzeba do tych punktów dojść spory kawałek drogi, bo teren jest dość obszerny – wszystko zależy, gdzie się ulokujesz. Toalety kosztują 1e/os, a wynajem leżaków z parasolem 20e (+5e za każdy dodatkowy leżak). Za parking (ostatni z możliwych na drodze dojazdowej) zapłaciliśmy 5e/cały dzień.
Wracając z Elafonissi zatrzymaliśmy się jeszcze przy Chrissoskalitiss Monastery (ok 6-8min drogi od plaży) przy pięknie usytuowanym Monastyrze na wzgórzu, do którego prowadzą schody i według legendy ostatni stopień wykonany jest ze złota, a ten mogą zobaczyć jedynie bezgrzeszni. Wstęp: 2,50e/os – my nie wchodziliśmy do środka z uwagi na brak odpowiedniego stroju.
Wieczorem poszliśmy na kolację do Raeti, restauracji zlokalizowanej bardzo blisko naszego noclegu.
Elafonnisi to  miejsce jest bardzo przyjemne, zarówno dla dorosłych, jak i dla dzieci. Różowy piasek, z którego słynie ta laguna, można zobaczyć, ale tylko w określonych miejscach i nie jest go dużo. Ogólnie cały widok na lagunę i jej otoczenie – góry, piękne lazurowe morze, częściowo wyłaniający się różowy piasek tworzą bardzo ładny krajobraz i na pewno warto zobaczyć to miejsce będąc na Krecie. 

Na półmetku naszego wyjazdu (6. dzień – sobota) około południa wyruszyliśmy na wycieczkę nad jezioro Kournas – jedyne, naturalne, słodkowodne jezioro na Krecie, położone w pięknej scenerii otaczających go wzniesień. Do jeziora najlepiej dotrzeć samochodem, my jechaliśmy niecałą godzinę z Agia Marina. Jezioro jest bardzo dobrze zorganizowane pod względem turystycznym, z dużą ilością miejsc parkingowych, restauracyjnych i możliwością zakwaterowania w pobliskich wioskach. Żółwi, które tam występują niestety nie widzieliśmy, były za to kaczki i gęsi 🙂 Jeżeli chcecie rozłożyć się poza głównym wejściem to proponuję oddalić się nieco w prawo lub w lewo i tam z pewnością znajdziecie dogodne miejsce – leżaki są ogólnodostępne w lokalnym barze. Polecam zabrać buty do wody, ponieważ przy brzegach jest dużo drobnych kamyków. Za wynajęcie rowerka wodnego na 1h zapłaciliśmy 10e/2os.
Po dotarciu późnym popołudniem do domu pojechaliśmy na kolację do sąsiedniej miejscowości – Platanias (również bardzo fajnej do zakwaterowania, aczkolwiek na pewno trudniej byłoby tam zaparkować), gdzie gościliśmy w hotelowej restauracji przy plaży, ale akurat tutaj nazwy nie pamiętam. Jedzonko dobre, z pięknym widokiem na wzburzone (w tym dniu) morze.

Siódmego dnia (niedziela) koło południa pojechaliśmy na godzinny spacer po Chanii, zatrzymując się w drodze powrotnej przy pięknym, maleńkim kościółku – Church of Agios Dionysios of Olymbos. Popołudniu poszliśmy na plażę obok naszego apartamentu, zaś wieczorem do Cosy – bardzo dobrej, rodzinnej restauracji z przepysznym jedzeniem w dobrych cenach – dla mnie to knajpka nr 1 w rejonie.

W poniedziałek (8. dzień) z samego rana pojechaliśmy na Balos, a nasza podróż samochodem trwała ok. 1h. Po „skończeniu się” asfaltu, kolejne ok. 8 km pokonaliśmy drogą szutrową, co zajęło nam 30min (10-20km/h bo szybciej ani się nie dało, ani nie byłoby to bezpieczne dla opon) i tyle samo w drugą stronę. Za wjazd na drogę prowadzącą na Balos płaci się 1 EUR, które teoretycznie jest przeznaczane na renowację drogi. Trasa jest dość szeroka, tyle że często wystają z niej ostro zakończone kamienie i brak ubezpieczenia oraz zapasowej opony w bagażniku (jak my) zdecydowanie ograniczały możliwość przyspieszenia. Na miejsce (parking) dotarliśmy o godzinie 10tej i w tym okresie, o tej porze dnia nie było jeszcze problemu z zaparkowaniem, jednak był już zajęty w zdecydowanej części (a do małych nie należał). Za całodzienny postój płaciliśmy 3e/auto. Trzeba pamiętać, że oprócz dojazdu do parkingu, na samą lagunę musicie jeszcze dość pieszo, co wiąże się z ok. 30. minutowym (1,5km) marszem w dół (+ doliczyć można czas poświęcony na zdjęcia z góry, bo widok jest nieziemski). Oczywiście polecam wziąć zapas napojów i przekąsek (na dole jest tylko jedna kantyna) i wygodne buty (ale widziałam osoby w klapkach i to jeszcze z dziećmi na rękach)… Na całej długości drogi dojazdowej, jak również pieszej trasy w dół na plażę i na samej plaży można spotkać wiele kóz kri-kri, które czatują, aż ktokolwiek wyciągnie coś do jedzenia:) Ogólnie po dotarciu na plażę polecam rozbić się po lewej stronie, ponieważ jej prawa część jest dużo bardziej zatłoczona, co też pewnie wiąże się z okresowym przypływaniem statków wycieczkowych do laguny, właśnie od tamtej strony.
Jeśli chodzi o samą lagunę to leży ona przy półwyspie Gramvousa i jest zaliczana do grona najpiękniejszych lagun na świecie. Nie sposób się z tym nie zgodzić, bo to mały raj na ziemi otoczony szmaragdowo-turkusową wodą i często występującym różowym piaskiem (o dziwo, w naszej opinii było go tutaj zdecydowanie więcej, niż na Elafonissi). Jak dla mnie to jedno z najpiękniejszych tego typu miejsc na świecie, jakie do tej pory widziałam. Najładniejszy widok jest z góry (z punktów widokowych na pieszej trasie) i w godzinach dopołudniowych. Popołudniu słońce pada na zatokę już pod innym kątem i nie ma już takiego efektu. Na lagunę można dostać się na dwa sposoby – samochodem i później piszą lub statkiem. Ja polecam pierwszą opcję z racji tego, że można tam zostać tak długo jak się chce, a nie przyjechać na krótką wycieczkę, a po drugie widok z góry jest niesamowity i z poziomu statku tego nie ujrzymy, chyba że pójdziemy na spacer na samą górę, ale wtedy stracimy czas wolny na dole. Miejsce to urzekło mnie bardzo i jest to niezastąpiona wizytówka Krety, którą koniecznie trzeba zobaczyć!! 🙂
W drodze powrotnej podjechaliśmy pod Monaster Gonia, który był czynny tylko do godziny 19stej, więc zrobiłam tylko zdjęcie na jego główną część, bez wchodzenia do środka. Na kolację poszliśmy tym razem do Alteri Taverna, ale ta nas nie zachwyciła tak bardzo, jak poprzednie.

We wtorek po śniadaniu opuściliśmy nasz pierwszy nocleg i pojechaliśmy w kierunku Heraklionu, zatrzymując się po drodze w Retymno/ Retimno, bardzo urokliwego miasteczka z piękną starówką z wąskimi uliczkami i zadbanymi kamieniczkami, porośniętymi ozdobnymi krzewami. Mimo, iż to trzecie miasto na Krecie pod względem wielkości, panuje tu dość kameralna atmosfera. Zwiedzanie rozpoczęliśmy od minięcia Wielkiej Bramy do miasta i kościoła św. Franciszka. Następnie przeszliśmy obok Meczetu Neratze, znajdującego się w sercu starówki. Pierwotnie budynek pełnił funkcję kościoła weneckiego, następnie przeobraził się w klasztor, po czym Turcy przerobili go na meczet, a obecnie znajduje się tam teatr. Dalej było muzeum archeologiczne, następnie Fontanna Rimondi, znajdująca się na Placu Platanos. Kolejno kościół Matki Boskiej Anielskiej, port z latarnią oraz Wenecka Forteca (z zewnątrz). Starówka żyje swoim życiem, budynki są odrestaurowane i to dodaje atrakcyjności temu miejscu. Warto zgubić się w labiryncie tych uliczek, aby poczuć klimat tego miejsca.

Kolejnym miasteczkiem, a w zasadzie wioską na naszej trasie do stolicy wyspy było Margarites – wioska garncarzy, niewielka, górska osada, znana z ceramicznych wyrobów. Przy głównej drodze, biegnącej przez wieś, rozmieszczone są liczne warsztaty rzemieślnicze i sklepiki z kolorowymi wystawami. Ceny wyrobów nie należą do najtańszych, ale samo miasteczko warto zobaczyć.

Po dotarciu do naszego miejsca noclegowego w Heraklionie – „Gardenia Rooms’, za który zapłaciliśmy 115e=518zł/2os/3noce (pokój czysty o standardowym wyposażeniu z kuchnią i łazienką i bardzo miłą gospodynią), ogarnęliśmy się i pojechaliśmy do centrum stolicy  (ponieważ nocleg był trochę na uboczu i wygodnie było dojechać kilka minut autem), gdzie zobaczyliśmy: mury miejskie oraz Bastion Martinengo, Port Wenecki, Kościół św. Tytusa – który pełni rolę najstarszej świątyni Heraklionu, a w przeszłości była to Katedra, w której przechowywano ważne dla Kreteńczyków relikwie. Jedną z nich, czaszkę św. Tytusa można tu oglądać do dzisiaj. Następnie odwiedziliśmy Loggie Wenecką, Plateia Venizelau, czyli najbardziej zatłoczony plac miasta, na którym znajduje się Fontanna Morosiniego. Dalej była Katedra św. Menasa, umieszczona niemal w samym centrum starego miasta i główny kościół Krety, a zarazem jeden z największych świątyń w całej Grecji.
Heraklion to stolica i jednocześnie największe miasto wyspy. Ślady jej długiej i barwnej historii zostały wymazane przez niemieckie bombardowania w czasie II wojny światowej. Na szczęście mimo zniszczeń, zachowało się tu kilka interesujących zabytków.

Kolejnego dnia (w środę) popłynęliśmy na wycieczkę katamaranem Seajet na Santorini za 136e/os. Z Portu w Heraklionie wyruszyliśmy o godzinie 8:00, a wracaliśmy po 18stej w to samo miejsce. W cenie wycieczki był rejs statkiem (w 2 strony), polski przewodnik i autokar, który najpierw nas zabrał do miejscowości Oia, a potem do Firy. W pierwszym miasteczku mieliśmy 1,5h wolnego czasu i było to niestety bardzo szybkie zwiedzanie, aby zobaczyć jak najwięcej. Oia to perła Santorini, położona na wulkanicznych klifach, powstałych w wyniku erupcji. Mimo, iż miasteczko nie ma bezpośredniego dostępu do morza, to może zaoferować w zamian widok na Kalderę, czyli ogromne wgłębienie które powstało w wyniku wybuchu wulkanu i jest to po prostu zapadnięty stożek wulkaniczny, który może być zalany wodą. Kaldera na Santorini to jedna z największych kalder na świecie. Jej średnica ma 10 km, a głębokość to aż 350 metrów. Zalana wodą Morza Egejskiego w połączeniu z białymi domkami na zboczu tworzy niesamowity kontrast, zapewniając przepiękne widoki. To wyjątkowe połączenie bieli i błękitu, malownicze zachody słońca i niezapomniane widoki na morze przyciąga tłumy turystów. Zwiedzanie Oii rozpoczęliśmy od placu przy kościele Panagia Platsani i szliśmy cały czas główną, bardzo zatłoczoną drogą, aż do ruin zamku, z którego roztacza się wspaniały, panoramiczny widok na miasteczko. To właśnie tutaj przybywa najwięcej turystów oglądających zachody słońca. Z oddali było widać również charakterystyczne wiatraki, do których niestety już nie zdążyliśmy dojść, jednak uważam, że najpiękniejsze widoki udało się zobaczyć.

Kolejnym punktem wycieczki była Fira – stolica wyspy, gdzie mieliśmy 2h czasu wolnego. Jest to miasteczko zawieszone na klifie o wysokości 300m n.p.m. Znajduje się tam port, do którego można dostać się pieszo lub kolejką „cable car” (gdzie była bardzo duża kolejka, a za wagonik w jedną stronę trzeba zapłacić ok. 7e). Podobno w Firze jest 600 schodów do pokonania, a miasteczko dzieli się na 3 części. Zwiedzanie rozpoczęliśmy z „dolnego miasta”, gdzie jest najwięcej restauracji, czy też barów i pierwszym, ale też najwyższym punktem, do jakiego doszliśmy, była charakterystyczna cerkiew z niebieskim dachem – Anastasi Church. Schodząc stopniowo w dół , co rusz napawając się pięknymi widokami, minęliśmy Catholic Cathedral of Saint John the Baptist, schody z osiołkami, „złotą uliczkę”, aż zeszliśmy na sam dół, kierując się w stronę autobusu, wracającego na prom.

Generalnie Santorini to piękne miejsce do zobaczenia, ale bardzo zatłoczone, drogie i na pewno nie chciałabym tutaj przyjechać na urlop. Jednodniowa wycieczka statkiem była bardzo męcząca i całe zwiedzanie było zorganizowane w biegu, jednak mimo wszystko uważam taką opcję za lepsze rozwiązanie, niż dłuższy pobyt na wyspie (jeśli miałby to być czas spędzony w tych najbardziej znanych miasteczkach).

W czwartek, nasz przedostatni dzień, pojechaliśmy do Knossos – najsłynniejszego zabytku Krety. Za wstęp zapłaciliśmy 15e/os (przez Internet było 19e/os, z uwagi na rezerwację godziny wejścia).  Pałac pochodzi z okresu 2000-1400 p.n.e. i zwany jest Pałacem Minosa lub labiryntem kreteńskim. Główny zabytek – Pałac Króla Minosa, to centrum pierwszej europejskiej cywilizacji i największa budowa na wyspie. Rekonstrukcja fragmentów pałacu jest wykonana w nieznacznej części i właściwie to wszystko, co można tam zobaczyć. Cały kompleks przeszliśmy w pół godziny, mimo że zaplanowaliśmy sobie na to 2h. Rzadko to piszę, ale niestety tutaj ogromnie się rozczarowaliśmy. W mojej ocenie pałac Knossos to sterta kamieni i wydane pieniądze w błoto.

Korzystając z ostatniego dnia słoneczka pojechaliśmy na plażę Ammoudara, gdzie za leżaki i parasol zapłaciliśmy 10e. Wieczorem na kolację pojechaliśmy do centrum Heraklionu.

W ostatni dzień pobytu,  po śniadaniu i spakowaniu się, pojechaliśmy z powrotem w stronę Chanii, skąd mieliśmy powrotny lot do domu.

             Kreta to różnorodna, piękna i bardzo duża wyspa. Nam udało się zwiedzić okolice Chanii i Heraklionu, ponieważ byliśmy na miejscu 12 pełnych dni, ale jeżeli ktoś jedzie tylko na tydzień to zdecydowanie polecam szukać lotów i zakwaterowania w okolicach Chanii, ponieważ według mnie to dużo lepsza baza wypadowa np. na Balos, Elafonissi, jezioro Kournas czy Półwysep Akrotiri. W tym regionie znajduje się wiele ładnych, małych, klimatycznych i kameralnych miasteczek, ukazujących klimat wyspy, który bezapelacyjnie wygrywa z Heraklionem i ruinami w Knossos. Aczkolwiek oczywiście cieszę się, że mogłam zobaczyć obie strony Krety, aby mieć pewne rozeznanie i porównanie:)
Miejscem, które zauroczyło mnie najbardziej była bez wątpienia laguna Balos, ponieważ nigdy wcześniej nie widziałam takiego połączenia kolorów, kształtów i to wszystko w naturalnych warunkach przyrodniczych. Kolejną, bardzo dużą zaletą Krety jest lokalne jedzenie, które smakowało nam wszędzie, niezależnie w jakiej knajpce byliśmy. Fakt faktem na obiadokolacje chodziliśmy do restauracji dobrze ocenianych, w 90% braliśmy też jakąś przystawkę, dlatego dość znacząco podniósł nam się przez to koszt wyjazdu, ale dzięki temu mogliśmy skosztować chyba wszystkich przysmaków kreteńskiej kuchni. To co nas miło zaskoczyło w każdym z tych miejsc, to fakt, że zawsze dostawaliśmy deser (ciasto lub lody) i ichniejszy alkohol – raki (zwykłe lub miodowe), którego nigdy nie zamawialiśmy, i za który nigdy nie płaciliśmy dodatkowo. Mój mąż za darmoszkę wypił chyba z 0,7l raki podczas całego wyjazdu, tylko podczas kolacji 🙂
Fajnym pomysłem jest również wycieczka na Santorini, która była co prawda droga i męcząca, ale najważniejsze punkty na wyspie zostały „zaliczone” i tym samym Santorini, brzydko mówiąc, zostało „odhaczone”, ponieważ na wakacje nie chciałabym tam jechać. Według mnie to też opcja dla osób będących na wyspie dłużej niż tydzień.

Ogólnie wyjazd podobał mi się bardzo i myślę, że to nasze nie ostatnie wakacje na greckiej wyspie – w końcu trochę jeszcze ich zostało 🙂

Nie zobaczyliśmy: Wąwozu Imbros (8km-3h cała trasa), Wąwozu Samaria  (13km w jedną stronę, powrót jest łódką. 5-7h marszu). Plaż: Matala z grotami w skałach, Preveli Beach – plaża z górską rzeką i lasem palmowym, Plaża Vai na wschodzie Krety, która słynie z największego naturalnego lasu palowego w Europie.

Loty + bagaż 1x20kg 680/2str/1os
Samochód na cały wyjazd 675zł/os
Paliwo na cały wyjazd 231zł/os
Nocleg Agia Marina 754zł/os
Nocleg Heraklion 259zł/os
Knossos 68zł/os
Gotówka na miejscu 400zł/os
Płatności kartą na miejscu 1408zł/os
* Santorini 612zł/os
SUMA 4475 + Santorini (dla chętnych)= 5087zł/os