Teneryfa zaliczana jest Makaronezji, czyli „Wysp Szczęśliwych”, zespołu wulkanicznych wysp na północno-wschodnim Atlantyku. Jest to największa wyspa Wysp Kanaryjskich i do tego bardzo zróżnicowana pod względem krajobrazowym jak i pogodowym. Można dużo pozwiedzać, ale również solidnie odpocząć.
Teneryfa była pierwszą z Wysp Kanaryjskich, na którą polecieliśmy. Bilety lotnicze Wizz Air kupiliśmy za 450zl z bagażem/2str, choć cena regularna wynosiła ok 700zł, ale jeden lot wzięliśmy za nasze ostatnie już punkty wizzcard, a drugi bilet ze zniżki od naszej stewardeski:P
Na miejsce przylecieliśmy ok. 20stej, odebraliśmy bagaż i poszliśmy po samochód, który wcześniej zarezerwowaliśmy z wypożyczalni TOP CAR (przez stronkę Ryanaira). Mieliśmy zapłacić 182e za auto i 200e za depozyt, ale finalnie depozyt nam odpuścili, być może z uwagi na to, że mieliśmy wykupione pełne ubezpieczenie.
Do noclegu w Costa Adeje jechaliśmy z lotniska tylko 15min. Nasz apartament, znajdujący się w kompleksie hotelowym Orlando Ocean Dream Apartament, choć malutki, to był bardzo ładny, czysty i nowoczesny. Posiadał jedną sypialnię, łazienkę, kuchnię z salonem (mimo, że była to strefa dzienna, to salon można było odgrodzić poprzez znajdujące się w pokoju kotary, co było świetnym rozwiązaniem na potrzebę drugiej sypialni) oraz balkon z widokiem na baseny i ocean w oddali. Płaciliśmy 607e/4os/9nocy.
Przez sytuację związaną z Covidem nasze wakacje długo stały pod znakiem zapytania. W zasadzie w ostatnim momencie zdecydowaliśmy się, że jednak polecimy i dobrze się stało. Wybierając miejscowość na nocleg, braliśmy pod uwagę możliwość wyjścia gdzieś wieczorem. Costa Adeje wydawała się miejscowością idealną, ponieważ słynie z wieczornego i nocnego życia, ale nie na taką skalę, jak w San Christobal i Las Americas. Po dotarciu na miejsce okazało się, że wyspa jednak zamarła, 80% hoteli było zamkniętych, w tym wiele barów i restauracji. Turystów było jak na lekarstwo. Dla nas największym minusem tej sytuacji było zamknięcie kolejki na Teide oraz do Loro Parku, ale plusem była np. wycieczka do Maski, gdzie nie staliśmy w korku, ani nie mieliśmy problemów z zaparkowaniem samochodu, w zasadzie było to indywidualne zwiedzanie miasteczka, bez tłumów, jak to bywa o innej porze.
II dzień – po śniadaniu udaliśmy się na pobliską plażę (ok.10min pieszo). Plaża długa, szeroka z szarym piaskiem. Po plażowaniu, w porze obiadowej, poszliśmy do polsko-ruskiej knajpki, gdzie było przyzwoite jedzenie, a wieczorem do baru La Flaca, gdzie panował przyjemny klimacik. W normalnych warunkach trzeba rezerwować stolik z dużym wyprzedzeniem bo chętnych zawsze było dużo, ale nam udało się wejść „z ulicy”. Następnie poszliśmy na spacer do San Christobal, gdzie życie noce było zdecydowanie bardziej widoczne niż w Costa Adeje.
III dzień – przed południem ruszyliśmy w stronę Icod de Los Vinos, gdzie znajduje się 1000letnia dracena. Nie trzeba wchodzić do parku, aby ją zobaczyć – wystarczy udać się na plac Andres de Lorenzo Careres, czyli centralny punkt miasta i wśród gęstej zieleni, obok kościoła San Marcos można podziwiać drzewo.
Następnie pojechaliśmy do Garachico, czyli niewielkiego miasteczka na północy wyspy, gdzie utworzyły się naturalne baseny w zastygłej lawie o krystalicznej przejrzystości. W centrum miasta obok zamku Castillo de San Miguel był parking i te słynne baseny. Niegdyś na dachu zamku znajdował się punkt widokowy, ale teraz był zamknięty. Poprzez obecną sytuację z Covidem wstęp na baseny trzeba było rezerwować, ponieważ mogła tam przebywać określona liczba osób. Jakimś cudem, ktoś przed nami zrezygnował i udało nam się wejść – wstęp był darmowy. Ogólnie baseny wyglądają bardzo fajnie, jest ich sporo, mają różną głębokość i czystą wodę, ale niestety – jak dla mnie – przeraźliwie zimną 🙁
Troszkę wyżej od zamku i basenów znajdowała się Plaza de Libertad, na której stał barokowy kościół Iglesia de Santa Ana z charakterystyczną białą wieżą zwieńczoną kopułą oraz inny, ciemnożółty kościół, który pełnił kiedyś funkcję zakonu – San Francisco de Asias.
Kolejnym punktem na planie tego dnia było miasteczko Los Gigantes, charakteryzujące się ogromnymi klifami sięgającymi ok. 600m wysokości i 10km długości. Jechaliśmy przez Buenavista del Norte, droga była dość długa, stroma i kręta, ale dzięki temu mieliśmy znakomite widoki podczas jazdy.
Na miejscu zaparkowaliśmy w porcie. Przed plażą zjedliśmy jeszcze bardzo dobry makaron w knajpce o nazwie Barraquito. Sama plaża, jak i miasteczko Los Gigantes, nie zachwycają. Klify faktycznie są duże, ale jak dla mnie zupełnie bez szału. Podobno od strony oceanu prezentują się lepiej – można wybrać się w rejs z lokalnym biurem wycieczek i sprawdzić, my jednak nie korzystaliśmy z tej opcji. Jakiś czas temu można było skorzystać również z trekkingu z miejscowości Masca przez wąwóz do Los Gigantes, ale niestety trasa została uszkodzona i do tej pory nie zdołali jej naprawić.
Ostatnim punktem tego dnia była plaża oznaczona błękitną flagą – Playa de La Arena. Ładna plaża z czarnym, czystym piaskiem.
IV dzień – koło południa ruszyliśmy w stronę stolicy wyspy – Santa Cruz de Tenerife. Podróż trwała niecałą godzinę. Zobaczyliśmy tutaj słynne audytorium, dalej wyjechaliśmy na punkt widokowy Mirador de Teresitas, najbardziej znany punkt widokowy całej Teneryfy, gdzie podobno piasek został przywieziony z Maroka.
Po kilkugodzinnym plażowaniu udaliśmy się na zwiedzanie miasta. Zobaczyliśmy:
– Plaza de Espana i Cruz de Los Caidos, czyli ogromny krzyż, symbol założenia miasta.
– Iglesia de San Francisko
– Teatro Guimera ze słynną maską
– Mercado de Nuestra Senora de Africa (niestety targowisko było zamknięte)
– Iglesia de Nuestra Senora de La Concepcion
Całość zwiedzania zajęła nam ok. godziny. W międzyczasie zjedliśmy jeszcze obiad przy Plaza de Candelaria.
Późniejszym popołudniem przejechaliśmy jeszcze do La Laguny na szybki rekonesans miasteczka. Chwilę wcześniej w przewodniku przeczytałam, iż zawsze warto mieć w tej miejscowości ze sobą pelerynę przeciwdeszczową, ponieważ często pada. Po zaparkowaniu auta na parkingu podziemnym okazało się, że kropi 🙂 Na szczęście ulewy nie było, deszcz szybko zanikł, ale niższa temperatura i wiatr pozostały. Ogólnie miasteczko bardzo ładne z pięknymi, kolorowymi uliczkami. Było to do tej pory jedyne miejsce na wyspie, gdzie było sporo spacerujących turystów. Spacer po okolicy zaczęliśmy od Plaza de Concepción, przy której wznosi się najstarszy na La Lagunie kościół Nuestra Senora de La Concepción, idąc od kościoła (stojąc na głównej ulicy twarzą do bocznej ściany kościoła) w lewo dochodzi się do kościoła i wieży Matki Boskiej Niepokalanego Poczęcia, której wieża jest symbolem miasta. Następnie kierując się w drugą stronę od kościoła dochodzi się do Plaza del Adelantado, gdzie znajduje się ratusz, biały budynek, czyli klasztor Santa Catalina de Siena, a także niewielka kapliczka Ermita de San Miguel.
V dzień – około 11.00 pojechaliśmy na plażę Camison Playa, która jest chyba drugą plażą na wyspie z żółtym piaskiem. Znajdowała się ona w Las Americas i była bardzo ładną, czystą plażą z parasolami. Jedynym minusem były ogromne fale, które po niedługim czasie zalewały całą (dosłownie całą) plażę.
Popołudniu (ok.17.30) pojechaliśmy do Maski, malowniczej wioski w chmurach. Spędziliśmy tam 1,5h. Obecna sytuacja spowodowała, że miasteczko zwiedzaliśmy sami 🙂 był to niewątpliwe ogromny plus. Następnie udaliśmy się na zachód słońca na Punta Teno, czyli najdalej na zachód wysunięty punkt wyspy. Wstęp na drogę prowadzącą do latarni czynny jest dopiero od godziny 20stej. Nie da się jednak wejść bezpośrednio na latarnię, można ją jedynie zobaczyć z pobliskiego klifu. Trzeba uważać podczas „wspinaczek”, ponieważ podmuchy wiatru są często bardzo mocne.
Droga do Maski była bardzo kręta i wąska i w normalnych (nie covidowych) warunkach, trzeba doliczyć dużo więcej czasu na jej pokonanie. Ogólnie miasteczko bardzo urokliwe, a końcowy odcinek, czyli charakterystyczna skała przypominała nieco Machu Picchu 🙂
Dzień VI – ok. 11.00 wyruszyliśmy w stronę Parku Narodowego Teide. Podróż trwała ok. 1h. zaczęliśmy od Roques de Garcia, gdzie znajdowały się piękne formacje skalne, a także widok na wulkan. Cała trasa była bardzo widokowa i punktów do zatrzymania było całe mnóstwo. Następnie udaliśmy się na Mirador de La Ruleta, gdzie zobaczyliśmy m.in. Dedo de Dios („Palec Boży”) oraz Los Azulejos (zielone plamki na skałach), które pochodzą od związków żelaza powstałych w wyniku działania gazów wulkanicznych i wód termalnych pod powierzchnią. Niestety z uwagi na pandemię (choć niektórzy mówili, że to przez remont drogi) kolejka Teleferico była zamknięta i nie udało nam się wjechać na szczyt wulkanu. Jednakże cały park i tak był warty zobaczenia!
Zjeżdżając z wulkanu, w pewnym momencie chmury znalazły się poniżej naszego poziomu, co dawało niesamowity efekt.
Przejeżdżając przez środek wyspy można było zaobserwować zmieniające się krajobrazy. Od suchych, wulkanicznych skał, po rozległe, zielone lasy. Jadąc dalej zatrzymaliśmy się jeszcze w Orotavie – urokliwym, kolorowym miasteczku, gdzie zwiedziliśmy m.in.: Plaza de La Constitucion na którym znajdował się kościół Iglesia de San Augustin, następnie ogrody Victoria, Casa de Las Balcones i Nuestra Senora de La Concepción.
Dzień VII – poświęciliśmy w całości na plażowanie u naszym miasteczku Costa Adehe.
Dzień VIII – najpierw pojechaliśmy na plażę El Medano (typowa surferska), ale tam za bardzo wiało i udaliśmy się na Playa de Las Vistas w Los Christianos. Plaża znajdowała się naprzeciwko portu, była bardzo ładna, szeroka z żółtym piaskiem, a woda w tym miejscu była najcieplejsza na całej wyspie. Z uwagi na to, że plaża znajdowała się niedaleko portu, kupiliśmy bilety na prom na La Gomerę na kolejny dzień – sobotę. W drodze powrotnej pojechaliśmy jeszcze na obiad do bardzo fajnej knajpki: El Cordero. Jedzenie dobre i super klimat w środku. Warto zerknąć przy okazji na plantację bananowców, która znajduje się zaraz za lokalem.
Dzień IX (sobota) – o 8.45 mieliśmy wypłynąć promem na La Gomerę, ale docelowo odbyło się to trochę później, ponieważ długo trwał załadunek na prom. Rejs wykupiliśmy z firmy Armas za 113e (2 strony/4 osoby + auto) – sprawdzajcie ceny w porcie, a nie w Internecie). Co ciekawe, cena bez samochodu była sporo droższa i wynosiła 275e również za 4 osoby, ale Pani w okienku powiedziała, że teraz jest akurat promocja na opcję z samochodem…mimo, iż wstępnie chcieliśmy płynąć na wyspę bez samochodu, ponieważ nasze ubezpieczenie nie obejmowało innej wyspy, ale skoro była promocja, to trzeba było z niej skorzystać 🙂 Z promu wyjechaliśmy ok. 10.30 i ruszyliśmy prosto na punkt widokowy Mirador de Sant Sebastian, skąd rozpościerał się widok na miasto.
W dalszej kolejności podjechaliśmy na inny punkt widokowy – Mirador de Los Roques, a dalej na szczyt La Gomery – Alto de Garajonay (1487m n.p.m). Aby dostać się na najwyższy szczyt La Gomery należy dojechać do małego parkingu Bajarito i stamtąd ruszyć w drogę pieszo na szczyt, gdzie prowadzą dwie trasy. My wybraliśmy T17 i szliśmy ok. 0,5h w górę i podobnie w dół. Trasa była bardzo malownicza, prowadziła przez las wawrzynowy, charakterystyczny dla tej wyspy. Na szczycie przy dobrej widoczności widać było El Hierro, Teneryfę, La Palmę i Gran Canarię. Jadąc od pierwszego punktu widokowego, aż do parkingu, krajobraz zmieniał się odwrotnie proporcjonalnie aniżeli do normalnych warunków, ponieważ tutaj na dole było sucho i kamieniście, a wspinając się do góry było coraz więcej drzew i wszechobecnej zieleni. Na samej górze rosły gęste lasy wawrzynowe i laurowe. Gdy wejdzie się w głąb tegoż lasu, zauważyć można, że nawet konary drzew są porośnięte mchem, co daje bajkowy klimat. Ogólnie wyspa dość surowa, ale ta zmieniająca się roślinność, góry i krajobrazy tworzą piękne widoki.
W tym dniu udało nam się zwiedzić jeszcze stolicę wyspy – San Sebastian de La Gomera, gdzie zobaczyliśmy oczywiście Plaza de la Constitución z ratuszem, idąc dalej ulicą „królewską” dochodziło się do kościoła Iglesia de La Asunción, gdzie podobno modlił się Kolumb przed swoją wyprawą, a dalej znajdował się również jego dom – Casa de Colón. W miasteczku jest również plaża miejska, a na przeciwko niej park, w którym wznosi się wieża Hrabiego – Torre del Conde. Na obiad poszliśmy do knajpki El Tropico, niepozorna, ale z bardzo dobrym jedzeniem.
Dzień X – plażowanie
Dzień XI – plażowanie oraz wieczorny lot powrotny do domu.
Pierwsza wizyta na Wyspach Kanaryjskich, na pewno nie była ostatnią 🙂 Bardzo spodobał nam się klimat jaki tam występuje. Jest bardzo dużo natury, zieleni, ale nie brakuje klimatycznych miasteczek do zwiedzenia. Uważam też, że jednodniowa wycieczka na La Gomerę jest zdecydowanym must see, ponieważ w ciągu jednego dnia jesteśmy w stanie zobaczyć wszystkie najpiękniejsze zakątki tej wyspy, a po więcej atrakcji udać się na pobliską Teneryfę. Polecam z czystym sumieniem 🙂
| Bilety lotnicze | 450zł/2str/os |
| Nocleg | 730zł/os |
| Wymiana pieniążków | 1600zł/os |
| Ubezpieczenie | 39zł/os |
| RAZEM | 2819zł/os/10dni |