Maroko to kraina pełna niespodzianek i kontrastów. Islamska pobożność przeplata się z wiarą w dżiny i magię. O charakterze kraju decydują zarówno majestatyczne szczyty Atlasu, jak i dzikie plaże Adriatyku, a także cesarskie miasta z pełnymi tajemnic medynami.
W pierwszy dzień, po przylocie i odebraniu bagaży, wymieniliśmy pieniądze (po 700e/para – 10,270MAD/ok. 1500zł/os) oraz kupiliśmy kartę do Internetu za ok 10e/ok.50zł – 10GB z sieci Invi. Po wyjściu z terminala zaczęliśmy szukać mężczyzny z firmy Dirent, od którego mieliśmy odebrać zarezerwowany wcześniej samochód. Poszukiwana zajęły nam sporo czasu, gdyż samochód znajdował się na parkingu lotniskowym, wśród masy innych samochodów. Po około godzinnym oczekiwaniu na umycie auta i załatwieniu wszelkich formalności, oraz po uiszczeniu opłaty w wysokości 5 MAD/2zł, za wyjazd z lotniska, udaliśmy się w stronę Ait Benhaddou, gdzie mieliśmy zarezerwowany pierwszy nocleg. Wzięliśmy pokój 5-osobowy z łazienką i śniadaniem za 420MAD/4os czyli 44zł/os. Standard pokoju był dobry, a śniadanie bardzo dobre i obfite (ichniejszy chlebek, owoce – banany, pomarańcze, jabłka, 3 dżemy, miód, masło, omlet, pomidory, ogórki zielone, jogurt, świeżo wyciskany sok pomarańczowy, kawa lub herbata). Droga z lotniska do Ait Benhaddou trwała ok. 3,5h. Po przyjeździe udaliśmy się do najsłynniejszej kozby (czyli maleńkie ufortyfikowane miasteczko położone na zboczu góry) w Maroku, gdzie kręcono m.in. sceny do filmu Gladiator. Dotarliśmy tam idealnie, bo o zachodzie słońca, gdy na miejscu nie było już tłoczno, a widoki były genialne. Bardziej popularne od tego miejsca jest jeszcze studio filmowe Atlas Arena, ale ono z kolei jest znacznie bardziej skomercjalizowane i do tego płatne – sami możecie zdecydować, co jest bardziej interesujące. Po zwiedzaniu udaliśmy się na kolację, do restauracji znajdującej się zaraz obok naszego noclegu. Zgodnie z lokalną tradycją kulinarną, zamówiliśmy (po raz pierwszy) tadżin – za 70MAD – ok.30zł/os.
Drugiego dnia po śniadaniu, około godziny 10.00, wyruszyliśmy w drogę na pustynię. Na trasie, w pewnym momencie odbiliśmy z drogi, aby dojechać do Doliny Dades, jednak ostatecznie nie dotarliśmy na sam szczyt, żeby podziwiać wąwóz z samej góry, ponieważ nie zdążylibyśmy na wielbłądy na pustyni, które mieliśmy „zamówione” na godzinę 17stą. Dojechaliśmy tylko do miejsca, gdzie schodzi się do wąwozu. Tam również znajduje się parking z punktem widokowym na ścianę z różnorodnymi formami skalnymi, zwanymi Małpimi Palcami (Monkey Fingers).
Do Cafe Nora, skąd miał nas odebrać kierowca i zawieźć na pustynię, dotarliśmy o 17.15. Przepakowaliśmy się do drugiego samochodu (jednocześnie nasz wynajęty zostawiając przy knajpce) i ruszyliśmy do zarezerwowanych namiotów na pustyni, również za pośrednictwem portalu Booking. Według mnie, standard namiotu opiewał na 4 hotelowe gwiazdki. Było pięknie, czysto i pachnąco. W namiocie znajdowała się toaleta oraz prysznic z ciepłą wodą. Przed namiotami było a’la lobby, które miało fantastyczny klimat. Po zostawieniu bagaży w namiotach, poszliśmy na herbatkę, na którą zaprosił nas gospodarz, a o godzinie 18stej zaczęliśmy przejażdżkę na wielbłądach w głąb pustyni, po wydmach, aby podziwiać zachód słońca w niespotykanych do tej pory okolicznościach. O 20.30 mieliśmy pyszną kolację, składającą się z zupy, ryżu z warzywami, mięs z ziemniakami i warzywami oraz z pysznego deseru. Następnie, przed namiotami usiedliśmy wszyscy i graliśmy na bębenkach oraz paliliśmy szisze. Spędziliśmy bardzo przyjemny czas nad rozgwieżdżonym niebem, które dodawało uroku temu miejscu i wzbogacało orientalną atmosferę.
Planując nocleg w oazie na pustyni w zorganizowanym namiocie, o wyższym standardzie, nie trzeba się jakoś specjalnie przygotowywać do takich warunków. W ciągu dnia i o zachodzie słońca było bardzo ciepło (krótkie spodenki, bluzka na ramiączkach oraz klapki lub adidasy). Tylko na sam wieczór może przydać się bluza z długim rękawem. W namiotach były ciepłe pościele, spało się wygodnie, jak w domu (a byliśmy 7 października). Można się komfortowo wykąpać. Za nocleg i przejażdżkę na wielbłądzie zapłaciliśmy 2500 MAD/4os – ok. 250zł/os. W cenie była kolacja i śniadanie.
Uważam tą wycieczkę za wspaniałą przygodę. Zawsze marzyłam o nocy na pustyni i o widoku bezkresnego piasku i rozgwieżdżonego nieba – udało się:) Myślę, iż wydane (niemałe tym razem) pieniądze były tego warte.
Dzień trzeci poświęciliśmy na całodniową podróż do Agadiru – trwało to aż 9h. Zakwaterowanie w hotelu mieliśmy na 3 dni ze śniadaniami. Koszt ok. 60zł/os/noc – standard można rzec „budżetowy”:)
Dzień IV – Plażowanie w Agadirze. Wieczorny spacer po porcie i promenadzie.
Kolejnego dnia po śniadaniu udaliśmy się na wzgórze Kazba w Agadirze, na które można dojechać jedynie busem z parkingu, za 8 MAD/4zł/2str/os. (ruch dla samochodów osobowych jest zamknięty). Na górze znajdują się tylko ruiny zamku, można też podziwiać ładną panoramę miasta. W drodze powrotnej wstąpiliśmy jeszcze na agadirski suk, gdzie kupicie dosłownie wszystko. Na koniec dnia trafiliśmy do bardzo przyjemniej i smacznej knajpki „daffy”, która znajduje się obok mocno oświetlonego meczetu. Ceny i jakość jedzenia oceniamy na bardzo dobre.
Szóstego dnia około 10tej pojechaliśmy na plażę Legzira Beach, do której droga trwała ok. 2,5-3h w jedną stronę. Cena parkingu to 20 MAD/10zł. Na miejscu należy zejść schodami na plażę, a żeby dostać się do skalnego „okna” trzeba dojść ok. 15-20min (ale można pojechać quadem lub na wielbłądzie, oczywiście za dodatkową opłatą). Widoki przepiękne, plaża pocztówkowa, na piasku miejscami leżało sporo kamyków (mniejszych lub większych) co jest średnio wygodne podczas plażowania. Na plaży znajdują się również knajpki z jedzeniem, my trafiliśmy na bardzo dużą, świeżą rybę. Wycieczka trwała prawie cały dzień.
Siódmego dnia ponownie plażowaliśmy w kurortowym Agadirze. Wypożyczyliśmy leżaki na cały dzień za 20MAD/os=10z/os Pod wieczór, o godzinie 18stej wyruszyliśmy w podróż do stolicy – Rabatu. Droga w większości odbywała się przez autostradę i trwała prawie 6h. Na trasie musieliśmy zapłacić za kilka odcinków autostrady, które łącznie wyniosły nas 217MAD/ok.100zł
Nocleg w Rabacie zarezerwowaliśmy przez Airbnb za 35zł/os. Plusem była lokalizacja, ponieważ spaliśmy w sercu Mediny, więc wszędzie było blisko. Zdecydowanie gorzej było z parkowaniem, ale koniec końców udało nam się gdzieś wcisnąć (i to dosłownie). Mieszkanie było ładne, ale „łazienka” mikroskopijna. W zasadzie była to toaleta z prysznicową słuchawką. Niemniej jednak, za tą cenę, na jedną noc – było całkiem ok.
Kolejnego dnia z samego rana ruszyliśmy na miasto. Najpierw udaliśmy się do wieży Hassana i Mauzoleum Mohameda V, następnie do Kozby Al-Udaja, skąd rozpościerał się piękny widok na miasto. Później chwilę poplażowaliśmy i ruszyliśmy do konsulatu RP na wybory (aby dochować obowiązku, będąc nawet poza granicami naszego kraju), przejeżdżając obok Pałacu Króla.
Ok. godziny 18stej ruszyliśmy daje, tym razem w stronę Marrakeszu. Tutaj zarezerwowaliśmy nocleg przez Booking w riadzie – typowym marokańskim domku. Nocleg był fantastyczny, klimatyczny i za 3 noce zapłaciliśmy ok.270zł/os. W środku znajdował się mały basen, z którego i tak nie skorzystaliśmy. Na dachu mieliśmy, właściwie tylko dla siebie, taras z leżaczkami, a na dziedzińcu rosły drzewa pomarańczowe i limonki. Na drzewach było mnóstwo ptaków, które codziennie dawały solidny koncert. Jedynym minusem tego miejsca były śniadania – skromne i głównie na słodko. Jak wspomniałam, w Marrakeszu spędziliśmy 3 noce/2 pełne dni. Wypożyczone auto na ten czas oddaliśmy na strzeżony parking, niedaleko naszego noclegu, za który płaciliśmy 30DAH/noc/45zł/3noce. Mogliśmy je zostawić obok noclegu, na ulicy, ale nasz gospodarz uprzedził nas, że możemy zastać auto bez szyb – decyzja zatem była prosta.
Drugiego dnia przeznaczonego na to miasto, zwiedzanie rozpoczęliśmy od pałacu Bahia, do którego wstęp kosztował 70MAD/30zł/os. Następnie udaliśmy się do Nekropolii Saddytów, którą zobaczyliśmy tylko z zewnątrz, a dalej do Bab-Agnaou, czyli bramy do miasta. Po drodze minęliśmy również Muzeum Marrakeszu, tylko z zewnątrz, nie decydowaliśmy się na wejście do środka. Następnie udaliśmy się do hotelu La-Mamounia, aby porobić instagramowe zdjęcia. Niestety na miejscu okazało się, że zdjęcia możemy robić tylko na zewnątrz i w ogrodzie. Na sam koniec wycieczki przeszliśmy jeszcze koło meczetu Kutubijja i na plac Dżemaa El-Fna.
Ostatniego, już 10. Dnia udaliśmy się do Medyny i na pobliskie targi (suki), aby kupić jakieś pamiątki. „Zaliczyliśmy” również sklep prowadzony przez polkę i jej męża, Marokańczyka, którzy sprzedają naturalne olejki arganowe, a polscy turyści mają tam 10% rabatu. W drodze do sklepu przeszliśmy również obok szkoły koranicznej Medesa, ale też nie wchodziliśmy do środa. Odpuściliśmy również ogrody Le Jardin Secret oraz Majorelle. W zamian za to poszliśmy do bardzo klimatycznej knajpki Atay, gdzie na samej górze można było podziwiać panoramę tej części miasta. Po obiedzie odpoczęliśmy na naszym klimatycznym tarasie, a wieczorem wyszliśmy jeszcze na plac El-Fna.
Dzień XI – o 12stej mieliśmy powrotny lot do Polski.
Maroko jest wspaniałym, ciekawym i kolorowym krajem. Jest bardzo dużo do zobaczenia, ale niestety odległości między poszczególnymi, interesującymi miejscami są gigantyczne. Niemniej uważam, że warto zobaczyć te charakterystyczne punkty i poczuć ten klimat na własnej skórze. Mnie osobiście najbardziej zachwycił pobyt na pustyni, ponieważ spełniło się jedno z moich marzeń, oraz Marrakesz, bo jest to miasto, które w mojej ocenie najbardziej, najpełniej obrazuje Maroko.
Wróciłabym jeszcze do tego kraju, aby pojechać do Wąwozu Dades i do Casablanki, a także zrobić zdjęcie kóz na drzewach, bo mimo iż widzieliśmy je na żywo, nie mogliśmy się zatrzymać i zrobić zdjęcia.
| Wymiana pieniędzy (z tego zapłacono za poniższe pozycje) |
1500zł/os |
| Noclegi | ok. 780zł/os |
| Karta telefoniczna | ok. 12zł/os |
| Parkingi/ Autostrada | ok. 40zł/os |
| Inne | ok. 75zł |
| SUMA | ok. 910zł |