Londyn, leżący nad Tamizą jest stolicą Anglii oraz Zjednoczonego Królestwa Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej. Miasto tętniące życiem, pełen ciekawych zabytków i muzeów, posiadający bogatą historię. Miłośnicy klubów i pubów także znajdą coś dla siebie, a zakupoholicy poczują się jak w raju.
Bardzo dobrym pomysłem na weekendowy trip jest wycieczka do Londynu. Samoloty latają bardzo często, więc każdy na pewno dopasuje sobie dogodny termin. My, ponownie w dwójkę, mieliśmy swój lot w sobotę o 6 rano, więc po przylocie od razu mogliśmy rozpocząć zwiedzanie. Lot powrotny był dopiero w poniedziałek około 21wszej (planowo), ale samolot się opóźnił i wylatywaliśmy koło 23. Niemniej jednak dzięki dobrej rozkładówce lotów mieliśmy 3 pełne dni na buszowanie po stolicy Wielkiej Brytanii. Nocleg zorganizowaliśmy sobie u mojej kuzynki, która mieszka na przedmieściach Londynu od wielu lat i z chęcią nas ugościła u siebie. Jako, że nie widziałyśmy się parę lat, chciałam pobyć z nią trochę czasu i dlatego nie udało nam się zobaczyć wszystkiego, co zaplanowałam. Przynajmniej będzie powód, aby tam wrócić.
Jeżeli chodzi o transport po mieście, to pożyczyłam od znajomej karty London pass (które normalnie trzeba kupić albo zamówić wcześniej przez neta), a następnie można je doładować na dowolną kwotę. Przy wsiadaniu i wysiadaniu z jakiegokolwiek środka transportu należy ją odbić. Generalnie opcji tych kart jest ogrom i czasami ciężko się w tym połapać. Niektóre karty łączą się również z biletami wstępów do poszczególnych obiektów. Każdy we własnym zakresie może więc wybrać opcję, która odpowiada mu najbardziej. Nasz transport ograniczał się do metra i pociągu. Przy czym, pomiędzy poszczególnymi zabytkami w danym dniu, chodziliśmy pieszo (aby oszczędzić nieco na metrze, a i po prostu pospacerować mimo wyspiarskiej aury). Plan zwiedzania ustaliłam celowo tak, aby w danym dniu zobaczyć miejsca obok siebie, a dopiero w kolejny dzień jechać w zupełnie inne miejsce i znowu na piechotę móc dotrzeć w inne punkty. Wyjątkiem był pierwszy dzień, ponieważ mimo bliskiej odległości do London Eye, chciałam ten punkt zostawić na poniedziałek, ponieważ wtedy mój narzeczony miał urodziny i pomyślałam, że fajnie będzie być wtedy w jednym z najbardziej charakterystycznych punktów Londynu.
Po wyjściu z terminala udaliśmy się w stronę autobusów, które stoją zaraz naprzeciwko. Kolejki są dość duże, ale autobusy kursują często. Stamtąd pojechaliśmy na dworzec Victoria Station. Nieopodal znajdował się sklep (zwykły kiosk), w którym zostawiliśmy bagaże i udaliśmy się w kierunku Pałacu Westminsterskiego, czyli miejsca obrad parlamentu Wielkiej Brytanii. Wstęp kosztował około 20£, ale my obeszliśmy go dookoła, nie wchodziliśmy do środka. Do Pałacu przylega Big Ben, który niestety był w renowacji i nie udało nam się go zobaczyć w całości.
Nieopodal Big Bena znajduje się Downing Street 10 czyli rezydencja i biuro premiera Wielkiej Brytanii oraz siedziba Rządu jej Królewskiej Mości. Niestety na miejscu okazało się, że jest to miejsce otoczone bramą, której strzegą ochroniarze, więc nie mogliśmy podejść specjalnie blisko.
W związku z tym ruszyliśmy w kierunku Trafalgar Square – placu centralnego w Londynie, z kolumną Nelsona pośrodku.
Obok znajdował się świąteczny jarmark, z którego wydobywały się wspaniałe zapachy.
Kolejnym punktem był Piccadilly Square, miejsce z charakterystycznymi dużymi, kolorowymi bilbordami, przypominającymi Nowy York.
Idąc dalej minęliśmy świąteczny jarmark i doszliśmy do China Town, kolorowo zdobionej dzielnicy chińskiej. Tam też zatrzymaliśmy się na obiedzie, w knajpie w której za około 8£ można było zjeść, ile chcesz. Chwilkę trzeba było poczekać na miejsce w środku, ale jedzenie wynagrodziło czas oczekiwania.
Drugi dzień pobytu w UK rozpoczęliśmy od Buckingham Palace, oficjalnej rezydencji brytyjskich monarchów. Obiekt otwarty dla zwiedzających jest tylko latem.
W drodze do Muzeum Historii Naturalnej, minęliśmy m.in. Wellington Arch czyli łuk triumfalny, typowe angielskie mieszkania, samochody i charakterystyczne, czerwone budki telefoniczne. W muzeum znajduje się ponad 70 milionów eksponatów, gdzie największym zainteresowaniem cieszy się symulowane trzęsienie ziemi, galeria dinozaurów oraz szkielet płetwala błękitnego, zawieszonego pod sufitem w głównej części obiektu. Wejście do muzeum było darmowe (choć niektóre atrakcje są biletowane), ale swoje trzeba było odstać w kolejce, ponieważ do muzeum wchodzi ograniczona liczba osób. Na szczęście kolejka zmniejszała się dość szybko.
Pałac Kensington i jego ogrody, były następnym punktem zwiedzania na naszej drodze przez Londyn. Za wstęp trzeba było zapłacić ok.17£. My zobaczyliśmy go tylko z zewnątrz, ponieważ nie czuliśmy potrzeby wydawania funtów na tę atrakcję.
Niedaleko Pałacu znajduje się bardzo urocza kawiarnia The Churchil Arms. O każdej porze roku jest inna dekoracja tej knajpki. Warto tam wstąpić na choćby chwilę, będąc w pobliżu.
Ostatnim miejscem przeznaczonym do zobaczenia w tym dniu było jeszcze Notting Hill, gdzie musieliśmy się pospieszyć, aby zdążyć przejść przez ulice przed całkowitą ciemnością.
W poniedziałek, trzeciego i ostatniego dnia, po śniadaniu udaliśmy się ponownie w okolicę Big Bena i London Eye. Niestety pogoda w tym dniu nie sprzyjała, bo podał deszcz, a niebo było mocno zachmurzone (hmm, niektórzy powiedzą co za niespodzianka na Wyspach :)) Ale nie pokrzyżowało nam to planów. Wejście na londyński diabelski młyn kosztowało ok. 19£/os. Jednak my skorzystaliśmy z kuponu z płatków śniadaniowych (który dostaliśmy od mojej kuzynki) i w tej cenie mieliśmy dwa bilety. Widoki całkiem fajne, koło obraca się powoli, przez co można dłużej poobserwować panoramę miasta i zrobić zdjęcia. Pewnie przy lepszej pogodzie wszystko wyglądałoby ładniej, ale na to wpływu nie mieliśmy żadnego.
W dalszej kolejności przeszliśmy przez Millenium Bridge i kierowaliśmy się w stronę Tower Of London, gdzie wstęp kosztował 24£/os. Jest to legendarna budowla, jeden z najstarszych symboli brytyjskiej monarchii, która na stałe zapisała się w historii, jako więzienie bez drogi ucieczki. Obecnie, pełni funkcję muzeum i jest jedną z głównych atrakcji turystycznych Londynu. My zobaczyliśmy ją tylko z zewnątrz.
Obok znajduje się słynny Tower Bridge. Wstęp kosztuje 9£ – w cenie biletu jest również zwiedzanie muzeum. Tutaj również skorzystaliśmy z okazji 2 w cenie 1, a to za sprawą okazania biletów z porannego pociągu, którym codziennie dojeżdżaliśmy do centrum Londynu. Taka promocja również obowiązuje, ale trzeba to dokładnie sprawdzić wcześniej (a przynajmniej obowiązywała podczas naszego pobytu). Most warty zobaczenia, jest w końcu również jednym z najbardziej charakterystycznych punktów w Londynie. Przeszklona podłoga jest tylko na niewielkim odcinku całej „trasy”, ale możliwość spojrzenia co się dzieje pod naszymi stopami to widok niecodzienny.
Tego, czego nie udało nam się zobaczyć, a co po co jeszcze kiedyś wrócę do Londynu, to: Big Ben – w pełnej okazałości, muzeum Madame Tussauds, Tower of London od wewnątrz, Sky Garden, Zamek Windsor oraz rejs po Tamizie.
Ogólnie Londyn podobał mi się bardzo. Jest co zobaczyć, jest gdzie wyjść. Oczywiście mieszkać bym tutaj nie chciała (z uwagi na pogodę), ale weekendowy (albo i tygodniowy) wypad są jak najbardziej na tak. Za bilety lotnicze płaciliśmy niewiele, bo około 180zł z dodatkowym bagażem. Za nocleg wcale. Jednak trzeba liczyć się z tym, że na miejscu nie jest tanio, jak na nasz portfele. Niemniej jednak uważam, że warto odwiedzić to miasto, ponieważ ma dużo do zaoferowania.